BRUM-1997-LISTOPAD-NR 11(49)
Recenzja płyty "Zyj, gnij i milcz"
Wojciech Wysocki

      Termin "nowoczesny thrash" uknuto na potrzeby koncernowych wynalazków czadowych pokroju MACHINE HEAD czy CLAWFINGER. O tym jak bzdurne to określenie najłatwiej przekonać się sięgając po prostu po thrash oryginalny - niejednokrotnie daleko bardziej aktualny niż "thrash nowoczesny" wyciągający z tradycji zaledwie zwulgaryzowaną esencję. Do czego zmierzam? Jeśli mówić o współczesnym i progresywnym spojrzeniu na thrashowy kanon, ALASTOR stworzył pod tym względem płytę całkowicie unikatową. Mając we krwi pewien stricte thrashowy sposób budowania motoryki utworów, muzycy opracowali jednocześnie zupełnie nową metodę oplatania jej graniem swobodniejszym: miejscami ocierającym się o improwizację, miejscami o psychodelicznego hard rocka, a jeszcze gdzie indziej o niemiłosierny ciężar pierwotnego doomu. Powstał w ten sposób najbrzydszy, najbardziej odpychający, najcięższy i najbardziej apokaliptyczny album metalowy w kraju. Tym bardziej podniecający, że ekstrema muzyczna idzie tu w parze z tekstami, po przeczytaniu których wlazłem pod łóżko i postanowiłem nie ruszać się stamtąd do końca życia. Można zżymać się, że takie grupy jak ALASTOR nie mogą znaleźć wydawcy, który zapewniłby im normalne funkcjonowanie. Z drugiej jednak strony, jeśli dzięki temu, raz na cztery lata mogą powstać płyty tak dobre jak "Żyj, gnij i milcz" to lepiej, żeby fonograficzni potentaci dalej produkowali szmatławce dla tłumów. Kto chce znaleźć dobrą muzykę, znajdzie ją. Czego ALASTOROWI życzy

WOJCIECH WYSOCKI