PURE METAL-2006-LUTY-NR 1(6)
"Wróciliśmy!"
Włodzimierz "Vlad" Nowajczyk

      Ten zespół nigdy nie miał szczęścia, koniecznego by zaistnieć w sposób, do jakiego predestynowały go nowatorstwo i warsztat muzyków. Na zwierzenia dali się namówić wokalista Robert Stankiewicz i perkusista Sławomir Bryłka.

Jak wyglądały początki zespołu? Sławek: Zaczęliśmy ze sobą grać w 1985 roku. W 1986 już wysłaliśmy do Jarocina pierwsze demo, które nie przeszło. W 1988 była taka historia pod tytułem "Leśniczówka"...
Robert: I czasy, gdy byliśmy postrzegani jako "zespół tatusia". Zajął się nami ojciec Sławka. Pomógł nam w prowadzeniu ważnych rozmów. Cóż, w pewnym momencie życia poczuł chęć pomagania młodym kapelom metalowym. Trafił się zespół z synem na perkusji, więc pomógł nam. "Branża" mówiła, że pan Bryłka to taki drugi Brankowski. To nieprawda! Później, w rozmowach z innymi grupami, często pytano nas co w rodzinie słychać. Zwykła głupota. Co ważne, przestrzegł nas przed podpisywanie kontraktu menedżerskiego z Dziubą! Inne zespoły tego nie miały. Zwrócił nam uwagę na pewne "kruczki".
Sławek: Tomasz Dziubiński wyczaił naszą kasetę, zakwalifikowaliśmy się do Metal Battle 88, i wygraliśmy ten konkurs. Miała niby być Metalmania 88, ale dziwnym trafem wylądował na niej Genoside. Dostaliśmy propozycję kontraktu od Dziuby, wydaliśmy płytę i już się potoczyło. W międzyczasie działaliśmy na scenie kutnowskiej, wraz z Nightmare, Battery, kapelami bluesowymi jak chociażby Yard. Dużo było mniejszych zespolików, z których każdy coś tam osiągnął. Nightmare wydał dwie płyty, a w 1995 roku supportował Iron Maiden. Szkoda, że mieli kiepskiego wydawcę.


Właśnie - wydawca. Ten pierwszy, czyli wówczas monopolista, Tomasz Dziubiński. Przedstawcie plusy i minusy tego mariażu.
R: Dziuba pozwolił nam zaistnieć. Zafundował nam sesję w Studio "Giełda", gdzie najpierw zarejestrowaliśmy czteroutworowe demo. Wydawca przekonał się do nas i polecił dograć kolejne numery. Po polsku. Ten krążek nigdy nie ujrzał światła dziennego. Nieco później nagraliśmy wszystko ponownie, po angielsku. Także z Piotrem Madziarem. I jako jeden z pierwszych polskich zespołów wydaliśmy płytę na Zachodzie, we włoskiej wytwórni Metalmaster. W Polsce była dostępna tylko na kasecie, w dodatku w ograniczonym nakładzie. Niemcy zjebali nas w recenzjach na maksa, zmieszali z pomyjami, zaś media angielskie były zachwycone - dostawaliśmy 8, 9 na 10 punktów. Byłem w szoku, bo mój angielski był wtedy do bani, a teraz jest niewiele lepszy.

Anglicy się tym nie przejmują, większość nie mówi poprawnie j we własnym języku.
R: No tak, zapewne uznali że to jakieś nowe narzecze (śmiech). Niemniej płyta chwyciła. Musisz wiedzieć, że graliśmy na sprzęcie takim, jaki był dostępny w kraju. Gitarach czeskiej marki "Jolana" i Beczki Amati wypożyczył Tomek Goehs, drugą część na bębnach Ślimaka. Wielkie dzięki dla Piotra Madziara - dał dużo pogłosu i brudów. Często odwiedzali nas Wojtek Hoffmann i Grzegorz Kupczyk. Będziemy dozgonnie wdzięczni "Kupie" za pomoc w przedłużeniu frazy w kawałku "Emily". Byliśmy traktowani jako ekipa ze stajni, choć nią nie byliśmy.
S: Dzięki Dziubie zaistnieliśmy, a później za jego sprawą "umarliśmy". Nie chciał wydać naszej drugiej płyty, do dziś nie wiemy dlaczego. Pierdolił nam takie rzeczy, że uszy więdły. Ponoć na nasz techno-thrashowy, nagrany na początku 1989 roku materiał "Przeznaczenie" nie było koniunktury. Wtedy sukcesy odnosiły Mekong Delta, Deathrow, Sieges Even! Nie rozumiem, dlaczego tego nie wypchnął na Zachód. Może dlatego, że nigdy z nim nie podpisaliśmy żadnej umowy, żadnego kontraktu menedżerskiego. Dzwoniliśmy do niego przez prawie rok! Byliśmy postrzegani jako "zespół z kręgu Dziuby", ale on nie był naszym menedżerem. Wydawał płyty na tej zasadzie, że byliśmy pewniakiem. Wiedział, że na nas zarobi. I sądzę, że nieźle zarabiał. Kontrakt na "Destiny", nagraną w 1990 anglojęzyczną wersję "Przeznaczenia", do dziś mam w archiwach. Sprowadzał się do prostej kwestii: nagrać i zapomnieć (śmiech). A co on z tym będzie robił, jego sprawa.


Właśnie, "Destiny", o której już wspomniałeś. Płyta owiana mroczną legendą.
R: Była to płyta dla Metal Mind. Dziuba zlecił nam nagranie angielskiej wersji "Przeznaczenia".

I na tą płytę macie kontrakt.
R: Tak, ale nie podpisaliśmy go! Wiadomo, dlaczego. Dziuba poinformował nas, że niemiecka firma jest zainteresowana wydaniem naszej drugiej płyty, ale z angielskimi tekstami. Dostaliśmy też rozkaz, aby trochę zmienić muzykę. Nagraliśmy jednak tą samą muzę, ale z lepszym brzmieniem. No i nagle Dziuba nam mówi, że ci Niemcy nie kupią naszego krążka!

Nie bardzo rozumiem intencje kogoś, kto wydaje pieniądze i nie chce ich odzyskać.
S: Chodziły słuchy, że za dużo utopił w "Epidemiach" Turbo i bał się, że na techno-thrashu tylko się traci. Zresztą... posłuchasz "Przeznaczenia" i porównasz sam z "Epidemiami". Wtedy sprawa stanie się jaśniejsza. Frazowanie i tonacja wokalu, zacinające riffowanie, niektóre melodie, tematyka tekstów. Naprawdę nie potrafię zrozumieć - zainwestował w nas dużo kasy...
R: Chyba po prostu nie czuł naszej muzyki. Miał doradców, którzy zrobili nam wbrew.


Intrygujące... Co się z Wami działo w latach 1990-92?
R: Kontakt z Tomkiem zaczął się, delikatnie mówiąc, pieprzyć. Graliśmy koncerty załatwiane na własną rękę. Dziuba odizolował nas od siebie. Uznaliśmy, że musimy działać już po swojemu, bo tracimy czas i pozycję na scenie. Graliśmy przecież już w Jarocinie w 1989 lub 90 jako gwiazda z Wolf Spider i Turbo, śpiewałem w jakimś szwedzkim języku dla wielotysięcznej publiczności! Co się z nami działo - podczas sesji "Destiny" nagraliśmy dwa nowe kawałki: "To nie ja" i "Obok nas". Zmieściliśmy się w czasie, który był przeznaczony na zarejestrowanie całego krążka. Dziuba się wkurzył, że jesteśmy tak sprawni, że oprócz płyty nagrywamy nowe rzeczy. Miał do nas duże pretensje, że zdecydowaliśmy się na taki ruch. Było to jednak posunięcie bezpieczne, bowiem nie nadwerężyliśmy budżetu. Na własne nagrania nie mieliśmy pieniędzy. W tym samym studio udało nam się zrobić więcej. Te dwa numery to była zapowiedź "Zła". Przypominam, był rok 1990. To już nie był progresywny techno-thrash, lecz bardziej klasyczne granie. Zamiast canto/refren/canto/refren był korpus i wariacje na temat. Już nie piosenkowe. Ponieważ graliśmy łamańce, których nie dało się bezmyślnie wyskakać, publiczność warszawska nas opluła na plenerowym koncercie, a szczecińska obrzuciła groszkami. Podobne wygibasy grała nieco później Geisha Goner. Znakomity zespół zresztą, pokrewny stylistycznie. W międzyczasie nagraliśmy demo "na setkę" w Domu Kultury w Kutnie.

I Mariusz Kmiołek wydał Warn kasetę "Ga-rage'92 Live Session".
R: Przede wszystkim, nikt nie chciał nas wydawać. Z Mariuszem znamy się długie lata, jeszcze z legionowskiego Harona, w którym był bębniarzem. Zdecydował się wówczas nam pomóc, za co będę mu wdzięczny do końca życia! Wydał kasetę zespołowi, który zadarł z Dziubą! Dziuba był wtedy "panbóg"!

No tak. Najwyraźniej dał zły przykład innym, ale nie kontynuujmy tego w tym akurat miejscu.
S: Kmiołek zainwestował w nas trochę kasy. Byliśmy bardzo szczęśliwi, mogąc pokazać że nadal istniejemy. Graliśmy sporadycznie, i dzięki tej taśmie ludzie znów o nas słyszeli.

Później był już Jarocin'93, na którym wystartowaliście w konkursie.
R: Tak, i to pomimo faktu, iż byliśmy już gwiazdą tego festiwalu parę lat wstecz! Nie załapaliśmy się na koncert gwiazd, bo w momencie naszego zgłoszenia wszystko było zapięte. Zaproponowano nam występ w konkursie. I dobrze, jak się okazało. Wiedzieliśmy, kto będzie z nami rywalizować i czuliśmy, że będzie dobrze.

Pamiętam, że rozbawiła mnie informacja pt. "Alastor w konkursie".
S: Scena metalowa była jeszcze wtedy mocno obsadzona i wcale nie było tak łatwo! Nie można było powiedzieć, że mamy najlepszą muzę w Polsce. Ryzykowaliśmy. Jak nie teraz, to nigdy. Na przesłuchaniach zmietliśmy konkurencję, dupy pourywało ludziom! W komisji siedzieli Muniek, Wojewódzki i Łukaszewski. Zakwalifikowali nas. Udało się wygrać festiwal. Jakby po raz drugi, bo już przecież byliśmy robiliśmy za "gwiazdy".

Sukces niewątpliwy, ale efekty nie do końca były takie, jakie miały być.
R: (śmiech) Blankiet kontraktu z MJM Music też mamy! Chcesz obejrzeć?

Pewnie!
R: Podsunięto nam kontrakt, na mocy którego należało konsultować z firmą kształt artystyczny następnej płyty, terminy koncertów... Nie jesteśmy plastikową fabryką, tylko żywym organizmem metalowym i nie mogliśmy sobie pozwolić na takie machloje! Było ze strony wytwórni parcie, by wkomponować nas w ówczesny rockowy main-stream. Pewna topowa wokalistka miała podobny kontrakt. Nas nie było na to stać, i do tej pory tak jest. Nie żyjemy z muzyki i takim kontraktem mogliśmy się jedynie podetrzeć. MJM nie dopełniło warunków kontraktu. Nagrodą za jarocińskie zwycięstwo było nagranie (w studio Radia Łódź) i wydanie płyty. Radio wywiązało się z umowy. Była tam akcja z Maciejem Pilarczykiem. Facet pracował w Radio Łódź, ale już wiedział, że dostaje robotę w MJM. Miał za zadanie przechwycić taśmy "Zła", aby nie trafiły w nasze ręce, a do firmy. Tymczasem poimprezowaliśmy z nim nieco, a że mało chłopak pił, po krótkim czasie puścił farbę. Nie dopełnił obowiązku, za co miał później strasznie przejebane u swego nowego pracodawcy.

Czas mijał...
S: A my szukaliśmy wydawcy. Wtedy, w 1994 pojawił się Andrzej Mackiewicz. Wydawał masę kapel, m.in. Acid Drinkers. Kr'shna Brothers, Corruption.

Całkiem ładnie Wam wydał kasetę.
S: Płytę CD też. Starał się chłopina. Ale firma była dwuosobowa. Mackiewicz był figurantem, a Marek Grela (MG Records - V) wykładał kasę. To był konkretny facet! Sprawa była prosta. Użyczamy taśm do wydania krążka i dostajemy za to odpowiedni geld. Dostaliśmy swoje. Nie wiemy dokładnie, ile się sprzedało. Z przecieków wynika, że 10-12 tysięcy. Nie ukrywamy, że większość ludzi kojarzy nas głównie poprzez "Zło". Mało kto pamięta, że "Żyj, gnij i milcz" w ogóle wyszło, ale to już kolejna historia. Notabene firma MG dołącza dziś płyty CD do popularnych czasopism.

Ano tak. "Zło" to zmiana imedżu. Polska Pantera?
R: (śmiech) Jakiego imedżu? Życie wymusiło to na nas! Łysiałem po prostu!!! Jak kurwa mać! Próbowałem coś kombinować, ale w końcu postanowiłem, że zetnę pióra. Niedługo po postrzyżynach Grzegorz Frydrysiak, nas ówczesny basista, pokazał mi teledysk Pantery. A tam Anselmo z łysą pałą. Było trochę śmiechu. Swoją drogą, Anselmo zapuścił z powrotem włosy, a ja już tego nie zrobię. Jeszcze weselej było podczas występu w Jarocinie w 1993, gdy skinheadzi na mój widok robili "sieg heil". Ja skaczę, tarzam się po scenie, a oni myśleli że jestem ich nowym guru (śmiech). Obecnie jestem tak otyły, że nie wykonam podobnie ekwilibrystycznych numerów (śmiech). Chcecie sprawdzić, to przyjdźcie.

"Zło" sprawiło, że staliście się rozpoznawalni. Firma Loud Out padła...
R: I znów znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Jedynym człowiekiem, który wówczas nas wspierał, był Andrzej Marczewski z telewizji Polonia 1...

Pracowałem w bydgoskim oddziale Polonii 1, kilka razy Was oglądałem.
R: Robił z nami wywiady, promował a później poszedł pracować w MJM. My zaś wciąż graliśmy. Robiliśmy muzę z założeniem - nagrać krążek cięższy od "Zła". Powstało 37 numerów, na "Żyj, gnij i milcz" weszło 14. Resztę mamy na taśmach, już je wykorzystujemy. Nowy album miał być pierdolnięciem, wyrzyganiem. Akurat wtedy Kwaśniewski wygrał wybory. Dla mnie to była pewna inspiracja, bo kolejny raz czerwona ekipa zajebała ten kraj.

Wolisz czarną?
R: Nie, nie, nie. Nie wolę czarnej. Żadnej nie wolę, jestem kosmitą.

To dziwne, że ziela nie palisz.
R:???

Na większości hiphopowych koszulek z kosmitami, ufoludki palą zielone.
R: (śmiech) Tu mnie I masz. Ale to nie tak. Nie palę na co dzień, natomiast lubię sobie czasem puścić słodkiego dymka. Wróćmy do "ŻGIM". Znaleźliśmy studio SPAART w Boguchwale i pracowaliśmy tam 10 dni za własne pieniądze. Nagraliśmy 100 godzin materiału. Uważam, że na rok 1997 było to maksimum ciężaru, poweru jaki można było w Polsce osiągnąć.

Trafiliście na najgorszy możliwy czas, bo poza blekiem i deafem nic nie sprzedawało się wówczas w wysokich nakładach.
R: W encyklopedii napisano, że jesteśmy wiecznymi pechowcami. Ja to pierdolę. Pechowcami według Leszka Gnoińskiego, którego przy okazji pozdrawiam. Świetny gość. My nigdy nie dążyliśmy do mainstreamu, świecącego tym całym blichtrem. Nie. Mamy świadomość, że robimy swoje i historia osądzi naszą twórczość. Nasz album wydało Morbid Noizz. Z Pawłem Kamińskim chodziliśmy do szkoły. Z jego bratem Jackiem znamy się od lat. Jacek nauczył nas słuchać heavy metalu. Bo my ze Sławkiem jesteśmy funfle z podstawówki. Ile my lat się znamy?
S: Ze trzydzieści.
R: Trzydzieści. Do tego jesteśmy dalszą rodziną. Wracając do płyty. Nikt tego nie chciał nam wydać. Krążek był gotowy. Zrobiony za naszą kasę ze świetnym realizatorem Piotrem Sitkiem. Kurczę, myśmy metalcore'a grali w 1997, i to jak! Kto dziś gra tę muzę tak dobrze? Po nas swoją "dwójkę" nagrywali Tuff Enuff. Dzwonili z pytaniami, jak nagrywać bas, aby tak zabrzmieć. Odparliśmy, że trzeba mieć gitarę basową i kawałek pieca, wtedy zabrzmi (śmiech). Gdy namówiliśmy Kamyków, chcieli to wydać w ramach pododdziału Morbid Noizz. Wymyśliliśmy nazwę - Sound Factory Records. Nie chcieli jako Morbid, bo ta firma kojarzyła się głównie z blekiem. Pchali to, pchali, a i tak nie wiedzieli jak sprzedawać takie granie. Całą promocję w gazetach zrobił zespół Alastor. Kamyk miał promować płytę, lecz zrobił to tak, jak potrafił. No i tyle w tym temacie. Jedyna szczypta szczerości to recenzja w Morbid Noizz - bodajże 6 czy 7 punktów. Nie mówię, że to 10 na 10! Absolutnie. Dystrybucji prawie nie było. W efekcie wykupiliśmy resztę nakładu. Miała być trasa, której nie było. Cholera, dostał płytę właśnie w zamian za promocję.


Może nie wiedział, co z tym zrobić?
S: Fakt, jeden z Kamińskich zaliczył "ŻGIM" do nurtu power metal. Dziękujemy Pawełku, wszystkiego najlepszego w salonie sukni ślubnych.

(śmiech) Jak wiem, macie swojego ulubionego recenzenta.
S: Oj, tak!!! Pewien pan z Metal Hammera, obecnie w redakcji sportowej Polsatu, nazwiska nie będziemy wspominać. Jesteśmy jego fanami.

Kiedy zaprzestaliście działalności?
R: Co tu kryć, byliśmy trochę przybici po tym wszystkim. Tworzyliśmy nowe numery na próbach, lecz magia powoli zanikała. Po koncercie w Szczecinie, w klubie "Słowianin", na który przyszło 15 osób, wróciliśmy do Kutna. Po przyjściu na próbę uznaliśmy, że jesteśmy artystycznym trupem.

Dlaczego?
R: Bo nikt z wydawców nie chciał tego, co proponowaliśmy ludziom. Po doświadczeniach z Jarocinem wiedzieliśmy, że dla fanów to jest strawne. Szczecin nas dobił.

Jak Wolf Spider'a występ przed Deep Purple. Co było dalej?
S: W 2002 już mieliśmy drugiego wioślarza, Radka Zwolińskiego z gostynińskiej grupy Borea, i zrobiliśmy kilka numerów.

Ile?
S: Od cholery! Mamy całą masę niewydanych kawałków.
R: Niestety, Radek wdał się w przykrą sprawę i na rok udał w miejsce odosobnienia. Nie pojechał zatem z nami na koncert do Suwałk. Daliśmy jeszcze bodajże jeden występ i znów przestaliśmy razem grać. Tak jakoś wyszło.
S: Wtedy sekcja znalazła się w grupie Spin. Ja i nasz nowy basista, Jacek Kurnatowski.
R: Ja zaś założyłem z kumplami projekt Rott Weiler, pokrzyczałem na próbach w suwalskim PanzerTaust. Mariusz założył projekt "The Thing", nawet nagrali materiał i wygrali parę konkursów. Miał ten krążek wydać Mariusz Kmiołek, ale jakoś się rozeszło po kościach.
S: Utrzymywaliśmy z Robertem kontakt cały czas, pomimo jego przeprowadzki do Gdańska. Co tu kryć, brakowało nam Alastora...


A zatem?
S: Mówiłem kilkakrotnie - Robuś, to ten czas.
R: Ja na to - jeszcze nie. Za dwa lata - nie ma bata!
S: W końcu stwierdziłeś, że mam rację. Prób reaktywacji było kilka, z różnym skutkiem. Gdy chcieliśmy już na 100%, Mariusz był oporny. Nareszcie zdecydował się i możemy to ogłosić wszem i wobec: wróciliśmy!


W jakim składzie?
R: Sławek - perkusja, Marycha - gitara, Jacek - bas i ja na wokalu. Jeszcze o nas usłyszycie!

Włodzimierz "Vlad" Nowajczyk