PURE METAL-2006-LUTY-NR 1(6)
Recenzja płyty "Przenaczenie"
Tomasz "Tomek/Nevermore" Woźniak

      Zupełnie nie potrafię zrozumieć, jak w chwili gdy padała komuna, kiedy popularność thrashu sięgnęła zenitu, także w kraju nad Wisłą, ba... w momencie gdy do głosu dochodził techno-thrash, czyli pod koniec lat 80-tych... jak można było nie wydać tak znakomitego, ambitnego materiału. Co więcej, ten materiał został nagrany i wydawca miał go pod ręką i miast jak najszybciej pokazać światu... Nie dokończę, nie będę komentować całej sprawy, moi koledzy już to uczynili. Nie weszła mi ta płyta od razu, okazała się znacznie trudniejsza w odbiorze niż przypuszczałem. Ale przy czwartym podejściu trybiki zaskoczyły i oto mam swoje prywatne odkrycie 2005 roku i wcale nie przeszkadza mi fakt, że jest to materiał sprzed 16-tu lat. Zresztą rok wcześniej miałem podobną sytuację, w niemalże identycznej roli wystąpili i oczarowali mnie Amerykanie z Tyrant's Reign, którym po wielu latach udało się zaprezentować światu utwory z okresu "złotej dekady metalu", których też nikt w swoim czasie nie chciał wydać. Tego samego życzę chłopakom z Alastora, gdyż tak ambitnego thrashu słucha się z niekłamaną przyjemnością.
      "Przeznaczenie" zawiera dziesięć bardzo udanych, złożonych, chwilami nawet pogmatwanych, bardzo starannie zaaranżowanych, przy tym co ważne nie pozbawionych melodyjnych dźwięków utworów. To prawdziwa uczta dla wielbicieli gitarowego thra-showania, wysmakowanych solówek, niebanalnych riffów. Kompozycje powalają mnogością przejść, ilością zmian tempa. Zaskoczeniem mogą być wplatane partie akustyczne, które nadają płycie dodatkowego wymiaru. Wyróżnikiem muzyki Alastora z 89 roku okazuje się niesamowicie ekspresyjny, przy tym wysoki, świetny wokal Roberta Stankiewicza. Dla wielu słuchaczy może być to trudna do przebrnięcia bariera, gdyż takie wokale mogą drażnić w podobny sposób, jak wczesne poczynania niejakiego Warrela Dane'a (choć trudno tu doszukiwać się zbliżonej barwy głosu). Można się także czepiać nieco przytłumionego brzmienia... a przypomina mi ono chwilami też nienajlepszą produkcję płyty "Into The Mirror Black", ale to tylko takie moje luźne skojarzenie. Wspaniały, album... prawdziwa perełka.
Oceny nie wystawiam, nie czuję się na siłach.

Tomek/ Nevermore