TYGODNIK PO PROSTU-2007-SIERPIEŃ-NR 26(102)
"Alastor z Miasta Q: Muzyka jak bułka"
- Beata Kozłowska

W najbliższą sobotę czeka nas w Kutnie prawdziwe wydarzenie muzyczne - Alastor, kutnowska kapela trash-metalowa zagra w Parku im. Traugutta koncert jubileuszowy. Minęło bowiem dwadzieścia, a nawet już 21 lat, od czasu, gdy tu, w naszym mieście powstał Alastor. Kapelę tworzyli wtedy Waldemar Osiecki, Grzegorz Frydrysiak, Sławomir Bryłka, Robert Stankiewicz i Mariusz Matuszewski. Dziś w składzie nie ma już Osieckiego i Frydrysiaka, a w kapeli oprócz trzech weteranów grają Marcin "Crowbar" Bilicki i Jacek Kurnatowski.
O Alastorze, początkach, powrotach i muzycznych fascynacjach i polskim SIOŁ-biznesie rozmawiałam z wokalistą Robertem Stankiewiczem, i gitarzystą Mariuszem Matuszewskim.


Dlaczego Alastor?
Robert Stankiewicz: - Jak się ma 19 lat, a tyle miałem gdy zaczynaliśmy grać, to człowiek ma straszne dylematy, o czym pisać teksty. No bo o czym? Niczego jeszcze wtedy nie przeżyłem, żadna z kobiet nie dała mi jeszcze wtedy kopa, niczego nie wiedziałem, rodziców miałem, życie było takie fajne. I pomyślałem - MITOLOGIA. Stąd się wziął Alastor. Ale to wcale nie było takie proste... Byłem już wtedy zagorzałym fanem Iron Maiden, które grało "The number of the beast". Kopiowałem okładki, robiłem podobizny Eddiego... Ale podświadomie nie chciałem anglojęzycznej nazwy zespołu. Za to chciałem, żeby była twarda, zwarta i uniwersalna. Przyszedłem do chłopców powiedziałem: Alastor, Slayer, Razor... Nawet nie pytali co to jest. Mściciel, duch to takie przesłanie mitologiczne. Wymyśliłem taką postać rycerza w średniowiecznej przyłbicy. Do tej postaci teraz wrócimy po 20 latach...

Przy okazji nowej płyty?
Robert: - Tak. Czekamy na telefon i wchodzimy do studia. Materiał jest prawie domknięty.

Ale wcześniej będzie koncert. Jubileuszowy. 20 lat to szmat czasu...
Robert: - Pierwsze płyty, to była pogoń za światem. Byliśmy zafascynowani taką muzyką i chcieliśmy sprawdzić, czy i my tak grać potrafimy. Maciej Matuszak, gitarzysta grupy Wilczy Pająk, powiedział nam, gdy mieliśmy po 19 lat i byliśmy szczęśliwi, że wyszła pierwsza płyta: gracie dla siebie. Graliśmy, ale byliśmy z tych niepokornych.
Teraz już od kilku lat mamy pewną świadomość tego co robimy. Od ok. 92-93 roku, od "Zła", zaczęliśmy robić płyty, które łączą nasze fascynacje. Mieszanki tego, co lubimy i co chcielibyśmy grać.
Ubolewam, że nigdy nie wyszła nasza druga płyta - tam były bardzo dziwne nagrania, zwłaszcza pod względem aranżacyjnym. Jako jedyny zespół z branży metalowej mieliśmy utwory budowane jak opowieści. Nie klasycznie: refren, canto, refren, ale opowieść. Tekst ilustrowany muzyką. To było na tym rynku nowością, to było progresywne, i to na tyle, że... ten materiał nie ujrzał światła dziennego. Wpłynęły na to nasze niedobre stosunki z menadżerem, Tomaszem Dziubińskim. Zawsze byliśmy krnąbrni i to na tyle, że chcieliśmy mieć pełną kontrolę nad tym co gramy, a nie grać to co nam każe menadżer i krytycy.
Pierwszy materiał nagraliśmy po polsku, zagrany "bujnie" muzycznie spotkał się z zainteresowaniem jednej z niemieckich firm. Doszło do tego, że poproszono nas, abyśmy nagrali to jeszcze raz, ale po angielsku. Nagraliśmy, ale jeszcze mocniej, jeszcze ciężej. I nagle okazało się, że tej płyty nie będzie. Były enigmatyczne stwierdzenia, że na taką muzykę nie ma koniunktury.


Na metal nie ma koniunktury?!
Robert: - Sądzę, że zaważyły względy handlowe - menedżer nie dogadał się z firmą. A może jeszcze coś innego... W każdym razie, polecam posłuchanie płyty "Epidemie" grupy Turbo, gdzie Grzegorz Kupczyk naśladuje... Roberta Stankiewicza, a klimaty i teksty... no, to jest właśnie nasza druga płyta, która nigdy nie wyszła. Chcieliśmy o tym napisać w jednym z fachowych pism, ale odpuściliśmy. Mam jedynie nadzieję, że ta płyta wyjdzie kiedyś i ludzie będą mieli okazję porównać.

Dobry materiał, który nigdy nie wychodzi... Kłopoty z dogadaniem się z menadżerem... czy Alastor ma pecha?
Mariusz Matuszewski: - Coś w tym jest. Leszek Gnoiński w Encyklopedii Polskiego Rocka tak właśnie o nas pisze. A skąd się to bierze? Jesteśmy niepokorni, od lat idziemy własną drogą, a nie wytyczoną przez sioł-biznes. Właśnie tak, sioł-biznes, od sioła! Robimy to co chcemy, a nie to, co nam ktoś narzuca. Dlatego ponosimy konsekwencje.
Robert: - Lubię Leszka Gnoińskiego - napisał o nas pechowcy, to znaczy, że jeszcze w nas wierzy. Ja też wierzę, że nowa płyta to zmieni Jeśli nikt tego materiału nie kupi, to wydamy ją sami. Ale mam nadzieję, że w kolejnych reedycjach encyklopedii pechowcami już nie będziemy.
Chcieliśmy być niezależni. Dlatego mieliśmy odwagę po wygraniu Jarocina zerwać kontrakt z jedną z najlepszych firm w branży - MJM Music (później Sony). Żaden z zespołów nie zrobił takiego ruchu. No i potem mieliśmy za swoje: zablokowano nam płytę w rozgłośniach przez rok, opowiadano o tym, że wchodzimy z butami na biurko, że krzyczymy i rozrabiamy. A to nieprawda. Umowę z MJM do dziś mam w swoim archiwum. Są tam naprawdę "piękne" klauzule, choćby o tym, jak to koncerty będzie ustalał menadżer wybrany przez firmę, a my nie mamy nic do powiedzenia...


Polski sioł-biznes?
Robert: - Tak. I brak podstawowej edukacji muzycznej w narodzie. Krytycy wmawiają nam, że mamy kurze móżdżki i się na muzyce nie znamy więc nie wiemy, co nam się podoba. Wszyscy wykonawcy są identyczni: prości, ładni, wycięci z żurnala. Teraz wszyscy lansują Dodę do bólu. Ja się spodziewam nawet czopków Doda. Czopków muzycznych. Z całym szacunkiem dla babeczki, bo się stara. Tak się stara, jak umie....
Mariusz: - Jest jeszcze disco polo. Piosenki zaśpiewane nieprawdziwie, sztucznym głosem. Ale ci wykonawcy mają tysiące słuchaczy, którzy śpiewają takie same melodie takimi samymi słabymi głosami. Ta muzyka ma ogromną siłę ogłupiającą.
Robert: - Zaczęło się to wszystko dawno, na tak zwanych zabawach i zostało tak do dzisiaj.Wolimy się nawalić na imprezie i wyć "Szła dzieweczka" niż zaśpiewać coś fajnego. Nikt nie śpiewa Grechuty na weselu, bo tego bo nie potrafi... Nikt nie zaśpiewa Autobiografii! Chyba, że jest trzeźwy.


Młodzieńcze lata buntu już za Wami. Jesteście dojrzałymi ludźmi. Do czego dojrzała kapela?
Robert: - Do mówienia prawdy o rzeczywistości. Gdy Kwaśniewski dochodził do władzy walnąłem płytę "Żyj, gnij i milcz", która, podobno, jest tekstowo najdojrzalsza. Ale miałem taki stopień wq...nia, że pisałem z głowy i serca. Nie mogłem uwierzyć, że ktoś taki stawał się prezydentem, a ta cała szara masa to kupiła. Miasto Q - tam jest wszystko co mnie gryzło. Środowisko jest czerwone i nijakie. Było, jest i będzie.
Jest to środowisko biedy. Póki nie będziemy miastem ludzi w miarę zamożnych będziemy też słuchali biednej muzyki. Plastikowych kawałków, bez prawdziwych instrumentów, które zastępują komputerowe sample...
Robert: - Chorujemy na brak żywej muzyki. Kupujemy "mandarynizm" - to taki nowy kierunek inżynierii dźwięku, której na żywo nie ma. I są ludzie, którzy mówią, że przecież Jean Michel Jarre też tworzy komputerowo, ale zapominają, że Jarre ma staranne wykształcenie muzyczne i iskrę Bożą. Poza tym z nim występują też "żywi" muzycy. Ale widzowie nie wiedzą, nie rozumieją, co się składa na całość tworzonych przez niego widowisk...


Żywa muzyka to przede wszystkim koncerty...
Robert: - Świadomie z nich teraz zrezygnowaliśmy, bo najważniejsza jest nowa płyta. Tym bardziej, że to nie jest wcale takie proste: basista dojeżdża z Poznania, ja z Gdańska...
Mariusz: - Ale dobra muzyka jest jak obraz - jak jest dobrze namalowany, to o każdej porze dnia i nocy się obroni. Tak samo jest z muzyką. Jeśli jest dobra, przemyślana, dograna, jest w niej to coś - emocje, serce to zawsze znajdzie się odbiorca. Głęboko w to wierzę.


Trash metal nie odstrasza ludzi?
Mariusz: - Różnie to bywa. Mieszkam 200 metrów od kościoła na osiedlu Tarnowskiego. Proboszcz zna mnie doskonale. Kiedyś się mnie spytał: ty z tymi diabłami jeszcze trzymasz? A ja długo tłumaczyłem, że nasza muzyka nie ma nic wspólnego z satanizmem. Najbardziej się zdenerwowałem, gdy kiedyś powiedziałem, że gram trash metal, a mój rozmówca się spytał: a co na to żona?

A co na to żona?
Mariusz: - Rozumie, że grając jestem szczęśliwy.
Robert: - Moja też. Moim zdaniem granie ma same plusy. Młodzi ludzie nie stoją pod sklepami, nie żłopią tanich win, tylko przychodzą i grają. To jest ciężka praca fizyczna. My przez pewien czas mieliśmy próby po 8 godzin dziennie. Katorga! Kiedy by człowiek nie przyszedł do Marysia, ten wychodził, z papierosem, zapraszał do pokoju - gdzie była gitara i... on cały czas grał. Cały czas grał...
Mariusz: - Gitarzysta w trash metalu naprawdę ciężko pracuje. Mógłbym pójść na pojedynek z jakimś muzykiem rockowym. On mi pokaże, co ja mam zagrać, a ja - co powinien on. I nie zagra. Potrzeba pewnej ręki. Ogromnej wytrzymałości.


Wiem co gracie. A czego słuchacie?
Mariusz: Różnie. Ale moim numerem jeden zawsze będzie Iron Maiden. Początki Metalliki, zwłaszcza "Master of Puppets". Lubię Pantherę, a Machinehead zawsze przybijał mnie gwoździami do krzyża. Ze spokojniejszych chętnie słucham Dire Straits, a czasem wracam do starych polskich kawałków, do... 2+1, Ewy Demarczyk i Czesława Niemena.
Robert: - Najfajniejsze jest to, że nadal jesteśmy fanami i nadal do bólu nie analizujemy muzyki. Przychodzimy na próbę i mówię: mistrzowie, posłuchajcie. Włączam płytę i mówią: zarąbista. I nie ma analizowania, że jest dobra, ponieważ to czy tamto. Bo muzyki trzeba słuchać tak, jak się je bułkę. Albo smakuje albo nie. Nie staliśmy się matematykami. Gusty muzyczne mamy różne, jesteśmy strasznie różnymi ludźmi. Ale to dobrze...


Muzyka łączy pokolenia?
Robert: - Moja mama ma 83 lata, jeszcze żyje i dziękuję Bogu za to. Zawsze ona, jak żył tata to razem z nim, była pierwszą słuchaczką moich płyt. Przynosiłem materiał ze studia na kaseciaku, włączałem i mama zawsze słuchała całości. Tak od dechy do dechy. A potem tak ciepło mówi: ale zmęczyliście się przy tym materiale... Będzie coś z tego? Ładna muzyka! Ładna! Tam nawet takie dwie melodie usłyszałam!!! Jak mam taką recenzję to wiem, że nie jest to muzyka do d...
Mariusz: - I w muzyce też przychodzi świeża krew. I to jest piękne. Oni mają już swoje filmy na życie, ale to jest miłe, że widzisz człowieka, który przychodzi do zespołu i się cieszy, że jest z nami. Mówię o Crowbarku i Jacku Kurnatowskim.

Ale sama radość nie wystarczy. Many makes the world go around. Pieniądz rządzi światem. Co Alastor zrobi, aby zarabiać te pieniądze?
Robert: - Chcemy być popularni! Dlatego mamy zaplanowane dwie sesje fotograficzne w Tinie i w Olivii. Będziemy tam też udzielać porad, co robić, jak się ludzie nie potrafią dogadać. Hahahaha! Ale tak zupełnie serio, to musimy nagrać tę płytę i daj Boże, żeby to było tej jesieni. Czekamy na telefon i wchodzimy do studia. Mamy materiał prawie domknięty. Mamy szczęście do realizatorów. Szukamy dobrego menadżera. Mam nadzieję, że znajdziemy. Dużo fantastycznych ludzi wyszło z Kutna. Są w całym kraju, Europie, nawet w stanach. Tam puszczają nasze płyty, a ludzie się dziwią, że w Polsce oprócz Vadera i Behemota jeszcze ktoś gra taką muzę? Tylko ten język jest taki szeleszczący...
Tak naprawdę, to dobrze żyją te kapele, które wydają płyty na zachodzie, bo one mają pieniądze z tantiem. Koncerty trashowe w Polsce grane są za zwrot kosztów albo małą kasę, czasem za procent z biletów, jeśli nie masz sponsora - nie pociągniesz...
Mariusz: - Nie liczymy na niesamowite profity, żeby zarabiać pieniądze trzeba by się stąd wyprowadzić. Robimy płytę i zaczynamy atak. Czas pokaże, jak sie to dalej potoczy... Beata, trzymaj kciuki!

Trzymam!

Rozmawiała Beata Kozłowska
(tekst nie był autoryzowany)