HARDROCKER-2007-LISTOPAD-NR 2
"20 lat w służbie thrash metalu"
- Sławomir Kamiński

Właśnie mija 20 lał od utworzenia tego niezmiernie ciekawego bandu. Alastor to dla mnie osobiście słowo sentyment. Do końca życia nie zapomnę ich pierwszych koncertów w Kutnie, czy mojej pierwszej wizyty na ich próbie! To było dla mnie, wówczas młodego chłopaka, coś niesamowitego, nie do opisania. Coś, co w dużej mierze zaważyło na moich późniejszych losach. Skupmy się jednak na zespole. Alastor w latach swej świetności był jedną z wiodących formacji metalowych w Polsce. Muzyka, którą proponował, była zawsze nowatorska, ciekawa, mocna i profesjonalnie zagrana.

Pomimo wielu sukcesów, zespól nigdy nie osiągnął pozycji należnej mu z racji poziomu muzyki, jaką prezentował. Głównie nie przez brak szczęścia (jak niektórzy często pisali), ale dlatego, że grupa nigdy nie szła na żadne kompromisy i nie wchodziła w żadne układy. Zawsze była wierna tylko sobie i grała tylko to, co czuła. Pozwólcie, że korzystając z okazji, iż zespół się niedawno reaktywował, wypytam wokalistę Alastora, Roberta Stankiewicza, o pewne szczegóły, które przybliżą wam sylwetkę jednego z najlepszych zespołów polskiego metalu...


HardRocker: Witaj! Długo się zastanawiałem, od czego zacząć wywiad z tobą i doszedłem do wniosku, że od gratulacji! Niezmiernie się cieszę, że Alastor wrócił do życia! Co u was słychać?
Robert Stankiewicz: Czołem, stryju! Po kilku latach drzemki postanowiliśmy ze Sławkiem Bryłką podjąć kolejną próbę wspólnego grania pod szyldem Alastor. Czasy i okoliczności sprawiały, że nie było to łatwe. W chwili obecnej skład, jak myślę, nabrał realnych kształtów i są szansę, by trwało to dłużej.

HR: Kiedy dokładnie reaktywowaliście zespół i kto go obecnie tworzy?
RS: Pierwsze próby, mające na celu zbadanie rynku muzyków, zostały podjęte jesienią 2006 roku. Ich inicjatorem był Bryłas (gdyż ja mieszkam niecałe 300 km dalej). Chwała mu za to i dzięki, bo nie wszyscy mają kurewską cierpliwość. Na dzień dzisiejszy Alastor tworzą: Sławomir Bryłka - bębny, Mariusz Matuszewski - gitara, Marcin Bilicki - gitara, Jacek Kurnatowski - bas i Robert Stankiewicz - wokal.

HR: Jak przebiegają prace nad nowym materiałem? Czy macie dużo nowych numerów?
RS: Jak zwykle, to coś niesamowitego - chemia na próbach jest taka, że po okresie wspólnego badania, docierania się, szukania wspólnych ścieżek, nastał czas wytężonej pracy i jej końca. Powstało 17 utworów, być może będą też covery - mamy kilka na celowniku, lecz decyzje ostateczne nie zapadły.

HR: Na waszej stronie zamieszczone są 3 nowe kawałki. Po ich wysłuchaniu muszę powiedzieć, że przerwa dobrze wam zrobiła (śmiech). Tworzycie muzykę, która tkwi w thrashowych korzeniach, a jednocześnie jest nowoczesną (nie mylić tylko z nu metalem). Całość jest bardzo mocna, ale równocześnie melodyjna. Pełno tu technicznych zagrywek i progresywnych smoczków. Muzyka jest bardziej złożona niż na ostatnich waszych płytach. Czy właśnie takiej muzy możemy spodziewać się po nowej płycie Alastor?
RS: Nowy Alastor dla nas samych stanowił wielką niespodziankę. Mając na uwadze nasze dotychczasowe dokonania i fakt, że cały czas (ile to już lat?!), jesteśmy maniakami heavy metalu to, co wyszło w fazie prób, ciągle nas zaskakuje i, cholera, podoba się nam! Jak odbierze to reszta maniaków, czas pokaże. Nigdy nie lubię definiować tego, co stworzyliśmy. Alastor to grupa poszukująca, mająca świadomość, że gra swoje od ponad 20 lat. Nowy materiał stanowił dla nas wyzwanie, aby pogodzić ze sobą nasze korzenie i obecne fascynacji (a tych już coraz mniej).

HR: Gdzie i kiedy zamierzacie zarejestrować nowy materiał?
RS: Po rejestracji trzech nowych kawałków i efektach tej sesji całą resztę chcielibyśmy zarejestrować w ZED Studio w Olkuszu. Fachowa obsługa, zero stresu i piękno okolica plus fantastyczna gastronomia (mniam).

HR: Czy znaleźliście już kogoś, kto by chciał wydać waszą nową płytę?
RS: Wydawcę już dawno znaleźliśmy, niestety nie wie on o naszym istnieniu (śmiech)... A, tak serio, to cały czas poszukujemy. Demo, które rozesłaliśmy do naszych krajowych majorsów nie spotkało się z pozytywna reakcja. Widać nikt nie wierzy w siłę klubu seniora. Szukanie firmy trwa.

HR: Od czasu reaktywacji zagraliście kilka koncertów (m.in. na Hunterfest 2006). Jaka była reakcja publiczności na wasz show?
RS: Hunterfest był pierwszym koncertem po latach zagranym dla dużej publiczności. Reakcja ludzi stanowiła dla nas miłe zaskoczenie, tym bardziej, że zagraliśmy niecałe 15 minut. Dzięki im za pamięć i sorry, że tak krótko.

HR: A jak wy czuliście się grając po tak długiej przerwie razem? Sprawdzili się nowi członkowie grupy?
RS: Od momentu, kiedy postanowiliśmy grać wspólnie w obecnym składzie, maszyna gra i trąbi na pełnych obrotach. Nowi ludzie sercem i duchem żyją muzyką i chwała im za to.

HR: Jak ci się wydaje, czy to, co obecnie gracie, trafia w gusta młodego pokolenia? Wydaje mi się, że to obecna młodzież jest waszą przyszłością.
RS: Nie nam o tym sądzić. Powiem tak: należę do tej grupy ludzi, która utrzymuje permanentny kontakt z młodymi ludźmi. Grono metalmaniaków nie zna ograniczeń wieku, a problemy i sprawy ważne dla nas wszystkich są ciągle te same. Być może w zaściankowej Polsce zmierzającej do mentalnego samookaleczenia stanowią szczególnie ważne wyzwanie dla artystów i odbiorców, bez względu na wiek. Co do przyszłości słuchaczy naszej muzy, to Bryłasa syn ma tutaj więcej do powiedzenia.

HR: Jakie są wasze najbliższe plany?
RS: Rejestracja płyty i trasa. Koncerty, koncerty i jeszcze raz koncerty (oparte na zdrowej promocji).

HR: Ok. Teraz porozmawiajmy trochę o przeszłości. Kiedy dokładnie powstał Alastor, kto był założycielem grupy i jak wyglądał skład?
RS: Skład osobowy działający pod szyldem Alastor ukształtował się w okolicach '86 roku. Wcześniej spotykaliśmy się u Waldka "Osy" Osieckiego na luźnych imprezach, gdzie słuchaliśmy muzy, kosztowaliśmy trunki i przy okazji próbowaliśmy grać na różnych instrumentach marki Polmuz, Defil, Kosmos (światowa czołówka, nie?). Po miesiącach rzępolenia pierwszy żelazny skład to: Waldemar "Osa" Osiecki - gitara, Grzegorz "Frycu" Frydrysiak - bas, Sławomir "Bryłas" Bryłka - bębny i ja - wokal. W okolicach 1886 roku skleciliśmy pierwsze demo i wysłaliśmy je na przesłuchania do Jarocina, lecz nic z tego nie wyszło. Mariusza "Marysia" Matuszewskiego - obecnego gitarzystę ze starej gwardii, udało się pozyskać po godzinach rozmów o muzie, jakie przeprowadziliśmy będąc uczniami tej samej szkoły średniej gdzieś w okolicach 1987 roku.

HR: Czy pamiętasz pierwszy publiczny występ Alastora? Bo ja pamiętam!
RS: Tak, to była impreza ogólnomiejska na placu Piłsudskiego (a wówczas im. 19 stycznia) w Kutnie. Pamiętam kompletne zaskoczenie ludzi, niektórzy przystawali i patrzyli na nas jak na małpy w zoo. Wiesz, komuna nie preferowała tego rodzaju muzy, zachowań itp. rzeczy. A tutaj, w trakcie festynu, taki mentalny cios w łeb, pewnie kilku kacykom dostało się po dupie.

HR: Na szersze wody wypłynęliście podczas przesłuchań do Metalmanii'88 w chorzowskiej leśniczówce. Jak wspominasz tamto wydarzenie?
RS: Sam fakt dostania się na przesłuchania był dla nas nie lada zaskoczeniem i wyróżnieniem. Trema i adrenalina chodziły nam po plecach, wygraliśmy te "zawody"- a tu na Metalmanii zagrał warszawski Genocide. Miło było posłuchać ciepłych opinii ludzi z branży i poznać kolesi z którymi graliśmy później na jednych deskach.

HR: Zagraliście na Metal Battle z czołówką polskiej metalowej sceny i z zagranicznymi gośćmi. Jak się wtedy czuliście, grając z takimi grupami i przed taką publicznością?
RS: Wiesz, to była specyficzna mieszanka spontanu, buntu, tremy, metalowej jazdy, chęci zaistnienia, lęku przed wpadką, radości z sukcesu i Bóg wie - czego jeszcze. W końcu czterech z nas miało po 18 lat, a Osa 17. Kiedy grasz w doborowym towarzystwie, a pod sceną szaleje 10.000 maniaków, trudno jest jednoznacznie opisać wszystko to, co w tobie wówczas buzuje. Mnie osobiście utkwił w pamięci specyficzny zapach maszynki do dymu, noszę go w głowie do dzisiaj.

HR: Do tego czasu mieliście chyba małe doświadczenie koncertowe? Po tym występie wasza kariera nabrała rozpędu. Daliście swój pierwszy koncert w Jarocinie. Jak to było?
RS: Z koncertami w tym czasie nie było za wesoło. Graliśmy sporadyczne sztuki. Owszem, było kilka spektakularnych przedsięwzięć koncertowych typu festiwale metalowe, koncerty w kilka zespołów. Pamiętajmy, że mówimy tu o czasach końca komuny, gdzie rynek koncertowy dopiero stawiał pierwsze kroki, a metalowy był jeszcze w głębokiej dupie.

HR: Powiedz, skoro wszystko szło dobrze, dlaczego nie zagraliście na właściwej Metalmanii'88?
RS: O to zapytaj Tomka Dziubińskiego, ja nie mam zielonego pojęcia. Może dlatego, że nigdy nie mieliśmy ze sobą podpisanej umowy menedżerskiej i żyliśmy na kocią łapę.

HR: Z jakimi grupami graliście przez te wszystkie lata? Co ci utkwiło szczególnie w pamięci? Może przytoczyłbyś jakieś zabawne sytuacje.
RS: Sporo tego było. Nasty Savage, Living Death, Sodom, Atomkraft, plus cała polska czołówka: Kat, Turbo, Wilczy Pająk, Dragon i mnóstwo innych. Sytuacji zabawnych i ciekawych wystarczyłoby na całkiem pokaźnej grubości książeczkę, w mej pamięci pozostaną każde urodziny "Osy", które dziwnym trafem wypadały zawsze w trakcie trwania Metalmanii. To, co się wówczas działo w hotelowych pokojach, to był prawdziwy kosmos!

HR:Jaka panowała wówczas atmosfera pomiędzy zespołami ze stajni Dziuby? Jaką wy mieliście pozycję w tym doborowym gronie?
RS: W stajni Metal Mind było całkiem do rzeczy, przynajmniej przez kilka pierwszych lat. Pomimo pewnej zdrowo pojętej rywalizacji na płaszczyźnie artystycznej nie było większych kwasów. Na początku lat dziewięćdziesiątych XX-tego stulecia (Nieźle brzmi, co? Witaj w domu starców) podczas nagrywania naszej nigdy niewydanej dwójki coś zaczęło powoli gnić, nagle zaczęły się dziwaczne podchody, intrygi. Nasza dwójka ("Przeznaczenie"/"The Destiny") nigdy nie wyszła, pomimo że była jakaś wytwórnia z Europy zachodniej, chyba z Niemiec, która chciała to wydać. A tymczasem w Polsce czołowy przedstawiciel naszej sceny metalowej wydał płytę stylistycznie delikatnie mówiąc "zbliżoną" do naszej dwójki, o sparodiowanym Stankiewiczu (charakterystyczne zaśpiewy i tematyka tekstów) nie wspomnę.

HR: Na początku organizacyjnie i powiedzmy "menadżersko" pomagał wam tata Sławka, później przejął was T. Dziubiński. Jak wyglądały wasze stosunki?
RS: Z tatą Sławka bywało różnie, jak z pogodą. Czasami był to człowiek "do rany przyłóż", a i potrafił zagrzmieć i posiać niezłą wiąchę - jak to w życiu. W branży wypracował sobie opinię naszego menadżera, bez którego nie dalibyśmy sobie rady. Czas już dawno zweryfikował te błędne opinie. Co do wszechwładnego Tomasza D., to sprawa była dosyć złożona. Tak jak nas, powiedzmy, odkrył i wypchnął na szerokie wody, tak później zaczął nas olewać. Doszło do tego, że zespół nagrywał materiały, które leżały na półce. Gdzie tu logika? Gdzie sens? Nie wiem. Może miał złych doradców, może nas po prostu nie lubił? Może miał kłopoty z deklem? Pojęcia nie mam.

HR: Na przełomie 1988 i 89 roku zarejestrowaliście swoją pierwszą płytę, która nazywała się "Syndromy Miast". Dlaczego nie została wydana ta oryginalna polskojęzyczna wersja, tylko anglojęzyczna?
RS: No właśnie, dlaczego? Trzeba było zapytać o to rosłego mężczyznę w jego katowickiej firmie. Podejrzewam, że niejedno naukowe gremium nie dałoby rady z udzieleniem logicznej odpowiedzi na to pytanie.

HR: Płyta "Syndroms Of The Cities" ukazała się we Włoszech na winylu, a w Polsce na kasecie w bardzo małym nakładzie. Jakie zebrała recenzje w kraju i za granicą?
RS: Na rynkach zagranicznych szło nam nieźle, tak przynajmniej mówił nam Dziuba. Niemcy zjechali materiał do nitki, a Angole piali z zachwytu. W Polsce sam wiesz, oceny umiarkowane. Jacek Demkiewicz ocenił jedynkę pozytywnie, pewnie czekał na dwójkę - no to sobie chłopina trochę poczekał.

HR: Z polskiej wersji ludzie znali tylko dwa nagrania ("Apage" i "Idy Marcowe"), które były prezentowane wówczas w Polskim Radio (bodajże w lll-ce).Wielka szkoda, gdyż uważam, że "nasza" wersja posiada o wiele lepszy klimat niż angielska odpowiedniczka. Śpiew twój, Robert, zatracił w języku angielskim swoją melodykę, motorykę i narracyjność. Stal się bardziej skandowany. Ten, kto wam tłumaczył teksty, powinien dostać kopa w dupę! Trochę znam angielski i uważam, że są to złe tłumaczenia. Co wy o tym sądzicie i czy zgadzacie się ze mną?
RS: Jest w tym, co twierdzisz, wiele racji. Ja zawsze lepiej czułem się śpiewając po polsku, nigdy nie miałem centralnego parcia na angielskie wokale. Teksty tłumaczy! nam student filologii angielskiej z Poznania. Z tłumaczeniami to jest tak, jak z oddaniem się w ręce chirurga, albo zrobi to profesjonalnie, albo masz w środku braki. Co do motoryki i tego typu rzeczy, to nie byłem z tego nigdy do końca zadowolony, ale biorąc pod uwagę stres pierwszej płyty nagrywanej na zachodni rynek, moją niewyszukaną znajomość języka angielskiego i cale to parcie, to efekt końcowy stanowił dla nas powód do zadowolenia. Wiesz, pierwsza oficjalna płyta, my po 20 lat i w ogóle...

HR: Wiesz może, ile się sprzedało sztuk waszej płyty za granicą? Dostaliście za to chociaż jakąś kasę?
RS: Nie znam zespołu ze stajni MMP, który wiedziałby, ile płyt sprzedał jego wydawca w Polsce, a o zachodzie już nie wspomnę. Co do kasy, to była - kwoty nie przytoczę, choć pamiętam - no wiesz, my dżentelmeni etc.

HR: Czy podpisywaliście też kontrakt na wydanie składanki? Metalmaster wydal taki Sampler - picture disc, gdzie umieszczono wasz kawałek. Wiedzieliście o tym?
RS: No proszę, ciekawe rzeczy opowiadasz. Szkoda że nie dowiaduję się o tym wszystkim od właściwej osoby. Nikt z nas nie wiedział o żadnych posunięciach ze strony T. Dziubińskiego.

HR: Mało kto o tym wie, ale wasz debiut miał się nazywać "Mare In Tenebris" czyli "Morze w Ciemności". Dlaczego ostatecznie wybraliście inną nazwę?
RS: Tak, faktycznie tak było. Tytul ten wymyśliłem ja. Jednak ostatnim numerem jaki napisaliśmy na płytę były "Syndromy Miast". Był to dla nas wówczas najlepszy utwór, jaki napisaliśmy, najbardziej zaawansowany technicznie i kompozycyjnie. Pomyśleliśmy, że skoro jest tak dobry, to cała płyta też tak się powinna nazywać. Dziubiński na to przystał i tak już zostało.

HR: W niecały rok później zarejestrowaliście materiał "Przeznaczenie", a po jakimś czasie nagraliście całość jeszcze raz z angielskimi wokalami. Jak byś opisał muzykę zawartą na "Przeznaczeniu"?
RS: Postaram się o w miarę krótką, acz zwięzłą odpowiedź, chociaż nie bez trudu mi to przychodzi. Zawsze bardzo poważnie i ambitnie podchodziliśmy do każdej nowej płyty, poprzeczka postawiona była wysoko. Jedynka dawała nam szereg furtek jeżeli chodzi o aranż, budowanie klimatu i w obszarze muzyki jak i wokalu. Postawiliśmy na swoisty eksperyment. Utwory stanowiły muzyczną opowieść, charakterem ściśle powiązane z ciężarem literackim tekstu odbiegały od klasycznej budowy piosenki: refren, canto, refren itd. To była nasza propozycja, teraz ktoś mógłby zapewne przykleić tej muzie jakąś etykietkę. Progresja na maksa nie spotkała się niestety ze zrozumieniem. Kto wie, czy jeśli wszystko poszłoby gładko i sprawnie, nie popłynęlibyśmy w stronę muzycznych eksperymentów i poszukiwań w zupełnie nam odległych obszarach. Myślę, że ten materiał łączył ze sobą progres, moc i technikę głodnych 20 -latków z kraju na dnie wielkiej, jeszcze niestety czerwonej dupy.

HR: Anglojęzyczna wersja tej płyty pt. "Destiny" jest szybsza i mocniejsza niż polski pierwowzór. Robert, śpiewasz też bardziej ostro i zadziornie. Czyżby to była zapowiedź zmian w kierunku, w którym później podążył zespół?
RS: To, tak jakoś samo wyszło. Raz, że nie było chyba przez rok sygnałów, co z materiałem - a tym samym w nas rosło wkurwienie i decyzja, by próbować poszukać innej formy przekazu. Mało kto wie, że w trakcie nagrywania muzyki i angielskiej wersji "Przeznaczenia" nagraliśmy dwa nowe numery: "To nie ja" oraz "Obok Nas", które, jak się później okazało, stanowiły dla nas drogowskaz w poszukiwaniu formy, która swój kształt odnalazła na płycie "Zło".

HR: Powiedz, dlaczego ktoś inwestuje pieniądze, każe nagrywać drugą wersję płyty, a później tego nie wydaje? Wiesz, o co w tym wszystkim chodzi? Bo ja nie.
RS: Nie umiem racjonalnie odpowiedzieć na zadane przez ciebie pytanie. Choć to nie ja, tak myślę, znam na nie odpowiedź.

HR: Wielka szkoda, że płyta się wtedy nie ukazała. Zawierała genialną muzykę i jestem skłonny zaryzykować twierdzenie, że była to najlepsza pozycja technicznego thrashu, jaka została nagrana wówczas w Polsce! Z tak ciekawą muzą mogliście zwojować coś w Europie, gdyż wtedy był boom na takie granie...
RS: Dzięki za dobre słowo. Cóż, chyba nie było nam dane i tyle.

HR: Potem drogi wasze i Dziubińskiego się rozeszły. Przypomnieliście się publiczności w 1992 roku kasetą "Garage'92 Live session", którą wydal wam Mariusz Kmiotek...
RS: W tym miejscu muszę mu za to po raz kolejny podziękować. Pomógł nam pokazać ludziom nasze nowe numery. Nie pamiętam, czy któryś z nich wszedł później na płytę, ale riff z numeru "Zapytaj Boga" należy nadal do moich faworytów.

HR: Następnie był Jarocin'93, tak?
RS: Z jarocińskim festiwalem bywało bardzo różnie. Najpierw graliśmy tam koncerty na dużej scenie - jeszcze za czasów współpracy z MMP, później startowaliśmy w eliminacjach i mała scena stawało przed nami otworem. Należymy do grona ludzi, którzy nie poddają się łatwo i próbują do skutku. Zaskoczenie krytyki i publiczności było spore, ale warto było walczyć do końca.

HR: Co dało wam wygranie Jarocina? Czy materiał live wydany w 2001 roku wraz z Kr'shna Brothers to zapis tamtego pamiętnego występu?
RS: Sukces odniesiony na jarocińskim festiwalu dał nam niezłego kopa. Po latach zawirowań i muzycznego niebytu mogliśmy grać dla nowych fanów ciężkiej muzy, wydać płytę i spotkać wielu ciekawych ludzi. Co do materiału live, to nie pamiętam, który z koncertów, czy ten z eliminacji, czy koncert laureatów został wydany. Przyznam się, że nawet go do końca nie przesłuchałem.

HR: "Zło" jest płytą, która przynosi nam diametralnie inną muzykę od tego, co tworzyliście wcześniej? Dlaczego taka zmiana?
RS: Czy diametralnie różną, to bym nie powiedział. Uprościliśmy formę, kompozycje mają więcej kopa, feelingu i tyle. To wszystko stanowiło wypadkową naszych poszukiwań. Zawsze tworzyliśmy na czują, nie posiadamy umiejętności zimnej, bezdusznej kalkulacji przy pracy nad nową muzyką. Praca nad "Złem" to był dla nas bardzo szczególny okres, przebywaliśmy ze sobą prawic na okrągło, odpracowywaliśmy wówczas wojsko w ośrodku dla osób chorych psychicznie. Wiesz, kontakt ze schizofrenikami to była dla nas kopalnia wielu pomysłów. Wszędzie szukamy inspiracji.

HR: Co było przyczyną, że "Zło", które się przecież podobało i nieźle sprzedawało, nie wywindowało was na szczyty?
RS: To jak w większości naszych płyt to sprawa promocji i nieudanej współpracy z wytwórnią. Nic podpisanie kontraktu z MJM sprawiło, że nikt oprócz jednej stacji telewizyjnej nic prezentował naszej muzy, z radiami w Warszawie też było beznadziejnie. Oczywiście można było podpisać glejt, stając się stadem psów na łańcuchu pewnego medialnego guru, ale to nic dla nas.

HR: Zniknęliście na kilka lat, by powrócić płytą "Żyj, gnij i milcz". To, co proponowaliście, to już metal core'.
RS: "Żyj, gnij i milcz" to płyta, która obrazuje szczyt naszego wkurwienia syfem panującym w branży, sytuacją w kraju i wszystkimi frustracjami, jakie w nas drzemały. Muzyka i wokal miały stanowić jedną wielką petardę walącą w łeb, to był nasz krzyk rozpaczy, swoiste katharsis.

HR: Powiedz, co było przyczyną rozwiązania grupy i kiedy to nastąpiło?
RS: Wszystko razem: sytuacja zespołu na rynku, kolejna położona promocja, frustracja rzeczywistością. Postanowiliśmy odpuścić w 1998 roku, nie mieliśmy sił dalej tego ciągnąć.

HR: Wiem, że po rozwiązaniu Alastor udzielaliście się w innych grupach. Opowiesz coś o tym?
RS: Każdy z nas żyje muzyką, jesteśmy fanami bardzo różnych wykonawców. Kwestią czasu było zabranie się za nowe rzeczy. Marycha miał swój The Thing, Bryłas udzielał się w formacjach Spin oraz NOB, Frycu grywał w różnych składach, ja współtworzyłem w Rolt Weiler. Myślę, że pracując z innymi, zdobyliśmy wiele nowych doświadczeń, każdy w pewien sposób się rozwinął.

HR: Kto dysponuje prawami do waszych płyt? Czy możemy spodziewać się reedycji?
RS: Różnie to bywa w zależności, kto je wydawał. Część jest własnością MMP, część nas samych. Myślimy o tym, ale nie stanowi to dla nas zadania priorytetowego. Najważniejszy jest nowy materiał. Właśnie czekamy na telefon, lada moment wchodzimy do studia i rozpoczynamy pracę nad "Spaaazm".

HR: Czego słuchaliście jako młodzi chłopcy, o czego słuchacie obecnie?
RS: Sporo tego. Wszyscy wychowaliśmy się na starej, dobrej muzie: Budgic, Black Sabbalh, AC/DC, Judas Priest, Kiss, Whilesnake, Trouble, Exciler, Razor, Anvil i mnóstwo innych, o całej masie przedstawicieli amerykańskiego thrashu nie wspomnę. Obecnie jest podobnie, chociaż każdy z nas słucha bardzo różnej muzyki, nie tylko metalowej.

HR: Jak z perspektywy czasu oceniasz to, co osiągnął Alastor przez te wszystkie lata? Czy czegoś żałujesz, coś chciałbyś zmienić, czegoś może nie zrobiliście?
RS: Trudno jest nam o tym mówić. Mam nadzieję że daliśmy i dawać będziemy sobie i ludziom wicie pozytywnej energii płynącej z naszej muzyki. My przez le lata staliśmy się silniejsi, z dystansem podchodzimy do wielu spraw, nie mamy zbędnych ciśnień. Cieszy to, że spotykamy się z szacunkiem ze strony wielu ludzi, bez wyrzutów sumienia patrzymy w lustro, byliśmy i jesteśmy niezależni, zero włażenia w dupę. Niczego nie chciałbym zmienić, przecież bez tego, czego doświadczyłem w Alastor, nie był bym tym, kim jestem dzisiaj.

HR: Życzę wam zdrowia oraz tego, byście nigdy nie stracili tego młodzieńczego zapału, który mimo upływu lat ciągle w was drzemie. Wasza determinacja w dążeniu do celu jest porażająca! Dziękuję ci za ten wywiad i na koniec proszę o kilka słów do naszych czytelników!
RS: Bądźcie sobą zawsze i wszędzie, słuchajcie metalu, sięgnijcie po nową płytę Alastor - "Spaaazm". Na nowo otworzy wam oczy.

Rozmawiał: Sławomir Kamiński