METAL MUNDUS
"Alastor"


Wciąż mamy gęsią skórkę, kiedy uda nam się wydobyć z siebie ten, a nie inny riff.

No i się doczekaliśmy wreszcie nowej płyty Alastora. Na następcę "Żyj, gnij i milcz" przyszło nam czekać ponad 10 lat. Czy nasza cierpliwość została nagrodzona? Słuchając po raz nie wiem już który płyty "Spaaazm", nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Wszyscy, którzy spisali ich na straty, będą mieli okazję przekonać się, jak bardzo się mylili. Premiera albumu - 2 maja, zapamiętajcie tę datę i wypatrujcie płyty na sklepowych półkach. A tymczasem zapraszam do lektury wywiadu, z którego dowiecie się co nieco o nowym albumie, ale przyjrzymy się też bliżej zamierzchłym czasom.




MetalMundus: Witam, przede wszystkim gratuluję nowego świetnego materiału. "SPAAAZM" w końcu ujrzy światło dzienne. Czemu dopiero teraz? Tak ciężko było znaleźć kogoś zainteresowanego wydaniem tego albumu?

Mariusz Matuszewski: Dzięki. Na wszystko przychodzi czas. Z płytą nie tak jak z codziennymi czynnościami, które należy wykonać. "SPAAAZM" rodził się powoli, ale warto było czekać... Zamierzeniem zespołu "A" było wydać materiał samemu. Los chciał jednak, że na naszej drodze stanęła Fonografika i oto jest efekt w postaci płyty.

Marcin Bilicki: Materiał powstawał długo, bo chcieliśmy go dopieścić najlepiej jak tylko potrafimy. W związku z tym, że nie jesteśmy w ramionach dużej wytwórni, takiego dużego molocha, który sam wszystko potrafi zrobić, więc wszystkim zajmowaliśmy się sami. W życiu wszyscy poświęcamy się jakimś zajęciom oprócz muzyki, więc często ciężko było skoordynować działania, ale mamy już to za sobą. Co do wydania płyty to nie chcieliśmy oddawać płyty w ręce firmy, która wrzuci nas do jakiegoś wora z innymi wydawnictwami i nie uszanuje pracy włożonej w powstawanie płyty. Zresztą z wydaniem płyty na rynku metalowym w Polsce nie ma problemu, zawsze można zrobić to samemu. Problem jest ze znalezieniem firmy, która potrafi wypromować wartościową muzykę i pokazać płytę słuchaczom, ponieważ za tym idą pieniądze. Jeżeli nie ma promocji, każdy materiał może trafić "w odstawkę" i przejść niezauważonym.

Z nowego albumu bije niesamowita moc. Wygląda, jakbyście chcieli udowodnić niedowiarkom i malkontentom, że "dziadki" potrafią wciąż dać do pieca i zawstydzić metalową młodzież. Cel zamierzony czy wyszło przy okazji?

Mariusz Matuszewski: Po umieszczeniu numerów na MySpace dostaliśmy wiele głosów od ludzi słuchających nowych numerów, byli zaskoczeni tym, że "dziadkowie" mogą jeszcze kopać z taką siłą. Proponuję wszystkim posłuchać całości "SPAAAZM"- wielu opadną szczęki.

Robert Stankiewicz: Tym, którzy myśleli, że Alastor to grupa podstarzałych tatusiów, którzy zabrali się, żeby sobie trochę popitolić na boku, było trochę głupio...

Sławek Bryłka: Fakt, odzew na nasz powrót jest różny. Wiele osób dziwi się nam. Ludzie z wytwórni płytowych nie wierzą, że wracając po takiej przerwie i w naszym wieku, można coś zrobić. Jednak ludzie nas pamiętają i to daje nam kopa. Dostajemy sygnały, że ludzie czekają na nową płytę i to jest też kop do działania i pracy.

"SPAAAZM", jeśli miałbym porównywać z poprzednimi albumami, najbardziej przypomina mi "Zło" (choć jest na pewno bardziej techniczna). Wyślecie mnie do laryngologa/psychiatry (niepotrzebne skreślić), czy jednak coś w tym jest?

Mariusz Matuszewski: Poniekąd masz rację. Utwory na najnowszym materiale są wypadkową wszystkich poprzednich. Jest siła, jest technika, są teksty, które wkomponowane w utwory dają wrażenie podobnego stylu do "Zła".

Czy utwory z płyty "SPAAAZM" to same nowe kawałki? Pytam, bo przeczytałem w jakimś wywiadzie, że w czasie sesji do "Żyj, gnij i milcz" powstało ponad 30 utworów.

Mariusz Matuszewski: "SPAAAZM" to całkowicie nowe kawałki, które stworzyliśmy od 2006 roku. Utwory z okresu "ŻGM" poszły w zapomnienie.

"SPAAAZM" kontynuuje serię mocnych okładek zapoczątkowaną jeszcze na "Garażu". Okładka ma zwracać uwagę, korespondować z zawartością muzyczną?

Marcin Bilicki: Okładka powinna mieć na tyle mocny przekaz, żeby zwróciła uwagę na płytę człowieka, który ją zobaczy. Wchodzisz do sklepu tysiące płyt i jeżeli nie masz mocno sprecyzowanego celu zakupu, a chcesz odkryć płytę Ci nieznaną to wybierzesz tę, która jest najbardziej wyrazista, która Cię zaintryguje okładką, która spowoduje, że zechcesz po nią sięgnąć. Okładka na płycie "SPAAAZM" tak samo jak płyta powstawała bardzo długo (wielka cierpliwość i wyrozumiałość Qrasa z mentalporn dla nas, za co należą się mu podziękowania), ale przez to jest bliska temu co chcieliśmy przekazać.

Czy gdybyście dostali propozycję nagrania nowej płyty w wersji anglojęzycznej, przystalibyście na to?

Marcin Bilicki: Na pewno poważnie byśmy rozważyli taką propozycję. Założenie zawsze było takie, że grając w Polsce, lepiej jest to robić w rodzimym języku, żeby trafić do odbiorcy. Chodzi o lepszy przekaz. Kiedy mówimy o wydaniu w kraju "obcojęzycznym", to angielski byłby rozwiązaniem lepszym, bardziej naturalnym, ale każdy kij ma dwa końce. Czasami szkoda naginać się i specjalnie dopasowywać tekst, tłumacząc go, bo wtedy traci on swój pierwotny przekaz. Płyta wydana z polskimi tekstami w innym kraju prawdopodobnie pozwoliłaby słuchaczowi jedynie poczuć energię i poznać muzykę. Z warstwą tekstową byłoby już gorzej. Z szacunku dla słuchacza należałoby wybrać język uniwersalny, jakim niewątpliwie jest angielski.

Płyta reklamowana jest jako "powrót prekursorów thrash metalu". Młody człowiek kupuje album, zachwycony zawartością chce poznać te prekursorskie dzieła i... co ma biedak zrobić? Poza "Żyj, gnij i milcz", może zdobyć na allegro kasetę z koncertem z Jarocina. Czy jest szansa na reedycję starych płyt Alastora, czy jest szansa, że niewydane "Przeznaczenie" ujrzy kiedyś światło dzienne?

Sławek Bryłka: Pierwsze wydawnictwa są całkowicie niedostępne. Oczywiście zachęcamy i będziemy zachęcać do sięgnięcia po starsze wydawnictwa. W undergroundzie materiał można znaleźć, choć dzisiaj jakoś nagrań daje wiele do życzenia. Na naszej stronie internetowej można posłuchać "wcześniejszych" utworów. My będziemy próbować zrobić reedycję starszych płyt. Rozmowy w tej sprawie są niemrawe, ale coś się ruszyło ostatnio.

I teraz chciałbym cofnąć się w czasie i porozmawiać co nieco o przeszłości zespołu. Jak z perspektywy ponad dwudziestu lat patrzycie dziś na debiutancki album "Syndroms of the cities"? Jesteście z niego dumni?

Sławek Bryłka: Oczywiście, "Syndromy..." podobają, się wielu, jest to jak na tamte czasy bardzo świeży materiał. Trochę nagrany na "wariackich papierach", ponieważ początkowo nagraliśmy połowę materiału, który miał się znaleźć na składance. Materiał się jednak spodobał i po jakimś czasie wchodziliśmy jeszcze raz do poznańskiej Giełdy i dogrywaliśmy materiał na LP. "Syndroms..." była naszą pierwszą prawdziwą produkcją, było to pierwsze zetknięcie się z pracą w studio. Mieliśmy po 20 lat (Osa 18) i pomysłów na dziesięć pewnie płyt. Materiał ten żywo obrazuje, jak byliśmy najarani na muzę, widać to po budowie piosenek, nawciskane riffów i patternów, że dziś bym chyba tego wszystkiego nie zapamiętał. Co do samej muzy zawartej na tym LP, to mieliśmy w głowach tyle pomysłów, że spokojnie wystarczyłoby na trzy krążki. Chyba to słychać, nie? He, He! Szkoda, że "Syndromy..." wyszły na winylu tylko za granicami naszego pięknego kraju. MMP sprzedało licencję włoskiej MetalMaster, dzięki której winyl można było kupić w całej Europie. "Polmusic", wypuścił w Polsce tylko kasetę i to też w bardzo małym nakładzie. Dużym plusem związanym z płytą było to, że jej promocja pozwoliła nam obcować z gwiazdami ówczesnej polskiej sceny metalowej.

Robert Stankiewicz: Ta płyta była dla nas samych wielka niewiadomą. Pamiętajmy, że nagrała ją paczka kumpli, zafascynowanych muzyką, piłujących kilka godzin dziennie, kilka razy w tygodniu w małej kanciapie. A tu nagle Spodek, koncerty z największymi w Europie, których mogliśmy jedynie posłuchać na nielicznych przecież płytach bądź kasetach pożyczanych z rąk do rąk. Z pewnej perspektywy wydaje mi się, ze chcieliśmy zawrzeć na tej płycie jak najwięcej naszych pomysłów, pełno tam spontaniczności i chęci zaistnienia na dłużej w świadomości odbiorcy.

v Jeden z utworów na "Syndroms" nosi intrygujący tytuł "O.N.A. 88 10 21". Co to za skrót, co to za data?

Robert Stankiewicz: O.N.A. to jest rozwinięcie Ogień Niebios Armagedon, numer na płycie nazywał się "Armagedon". Jeżeli chodzi o tekst, to była taka symboliczna transkrypcja tego, co się w owych czasach działo, więc te liczby, które następują po tych trzech literkach to jest data, kiedy ten numer został zarejestrowany w studiu.

Jaki był cel wydania płyty "Garaż '92", wydawnictwa z faktycznie bardzo garażowym brzmieniem? pokazać, że wciąż działacie, zaistnieć jakoś na rynku?

Robert Stankiewicz: Po nagraniu płyty "Przeznaczenie" (która w sumie nie ukazała się na rynku) mieliśmy w zanadrzu kilka nowych utworów i zapisaliśmy je w poznańskim studio "Giełda". Stylistycznie nie była to jakaś rewolta, niemniej jednak sama forma kompozycji, była bardziej zwarta i energetyczna.

Sławek Bryłka: Zrywając stosunki z MMP, nie mieliśmy możliwości wydania na własna rękę "Przeznaczenia". W związku z tym, postanowiliśmy nagrać i wydać EP'kę własnym sumptem.

W 1993r. wygraliście Jarocin, choć kilka lat wcześniej graliście tam jako gwiazda. Co dała Wam ta wygrana - wiarę we własne siły, w to, że jednak ludzie Was doceniają?

Sławek Bryłka: Był to okres po MMP, zaczęliśmy wszystko od nowa. Wysłaliśmy materiał do Jarocina, mając nadzieję zagrać na dużej scenie jako zaproszeni goście. Jednak zaproponowano nam udział w konkursie. Podjęliśmy to wyzwanie, zaproszono nas na przesłuchania w Jarocińskim Domu Kultury. Pamiętam, że rozbawiła mnie informacja pt. "Alastor w konkursie". Wygraliśmy, co było dla nas dużym zaskoczeniem, powiedzmy sobie szczerze. Scena metalowa była jeszcze wtedy mocno obsadzona i wcale nie było tak łatwo! Na przesłuchaniach ludziom dupy pourywało! W komisji siedzieli Muniek, Wojewódzki i Łukaszewski. Zakwalifikowali nas. Dostaliśmy się do konkursu na dużą scenę i tam również wygraliśmy.

Robert Stankiewicz: Tak, i to pomimo faktu, iż byliśmy już gwiazdą tego festiwalu parę lat wstecz!

W 2001r. MTJ wydało split Waszego koncertu i Krishna Brothers z Jarocina '93. Mieliście jakikolwiek wpływ na ukazanie się tego wydawnictwa?

Robert Stankiewicz: Przed wydaniem tego materiału nic o tym nie wiedzieliśmy. Traktuję to, jako kolejne dzieło naszego jakże "profesjonalnego" rynku wydawniczego.

Sławek Bryłka: To była taka historia, że podpisując papiery na występy w jarocińskim festiwalu był tam taki zapis, który zezwalał organizatorom na rejestrację i publikację występu. Nam było to chyba nawet na rękę, zawsze coś do ludzi poszło... choć to tak szybko nie poszło, w sumie 8 lat trzeba było czekać (ha ha ha).

Album "Zło" z 94' przynosi uproszczenie kompozycji. Z czego to wynikało? Nowe inspiracje czy może uznaliście, że za bardzo zapędziliście się z technicznymi popisami?

Sławek Bryłka: Cóż, wyobraź sobie, że grasz koncerty i nie masz odbiorcy na swoją muzę tzn. promowaliśmy "Przeznaczenie" i "Garage'92'", ludzie, odnosiliśmy takie wrażenie, że nie rozumieją, o co chodzi w naszej muzie, stali otępieni jak w letargu. Takie akcje dają do myślenia, postanowiliśmy uprościć naszą muzę (no może nie max). "Zło" miało dać nam kolejną szansę zaistnienia na krajowej scenie. Fajnie, bo po takich bojach kompozycyjnych jak na "Przeznaczeniu", tu mieliśmy lajcik, choć uczyliśmy się inaczej budować numery. Zmienił się nie tylko wizerunek muzyczny zespołu, ale też i wizualny. Robusia zaczęły opuszczać coraz częściej włosy i postanowił się ogolić, co oczywiście jak na Polskę przystało odebrane zostało natychmiast kopiowaniem Pantery. Kurwa, czasem myślę, ze żyjemy na jakiejś wielkiej wsi.

Teksty na płycie "Zło" poruszały tematykę rasizmu, przemocy w rodzinie i na ulicy, kleru. Czy pisząc je, sądziłeś, że po piętnastu latach będą wciąż mocno aktualne?

Robert Stankiewicz: Myślę, że na tej płycie dojrzeliśmy zarówno, jeśli chodzi o ich formę literacką jak i treść. "Dokąd?"... Ja jestem katolikiem. I totalnie mnie wkurwia, kiedy pewni ludzie ze świata polityki ocierają sobie usta szczytnymi hasłami i podciągają to wszystko pod religię, żeby kimś manipulować. "Odpowiedz im" to tekst przeciwko systemowi karania, najstarszy tekst na płycie. "Fuck" jest przeciwko zupełnemu zdziczeniu, które panuje wszędzie, poczynając od podwórka, przez które przechodzę, gdy idę na próbę.

Gdy byłem młodym pacholęciem zaczynającym przygodę z ciężkim graniem, moją uwagę przykuł występ czy też klip (już nie pamiętam) pewnego zespołu z łysym wokalistą w programie Luz. Chyba graliście wtedy "Nieprawdopodobne". Dobrze pamiętam? Swoją drogą, dość to niesamowite, patrząc z dzisiejszej perspektywy, że po południu w publicznej TV puszczano taką muzykę...

Marcin Bilicki: Jestem z tego samego pokolenia (hahaha). Też wychowałem się na tym programie i z dużą uwagą przyglądałem się między innymi teledyskom, czy fragmentom koncertów np. Wojny z trzema schodami. Tam też widziałem Alastora i wtedy jeszcze nie myślałem, że będę grać w tym bandzie. Wtedy nie było innych telewizji, rynek dopiero się otwierał, więc naturalne było, że w pewnym sensie TV chcąc poczynić ukłon do młodych ludzi musiała się nagiąć. W Dwójce była potem jeszcze "Pozytywka". Też bardzo fajny program, dużo dobrej polskiej muzy. Teraz jest inny nurt, wszyscy w TV stawiają na pop, hip-hop, mało jest rocka, metal to rzadkość i prędzej usłyszysz go w prywatnych stacjach. Publiczna TV jest mistrzynią w karmieniu bezużyteczną papką młodych ludzi, a większość z nich zamiast poszukiwać ciekawych dźwięków, wykonawców, którzy mają coś do powiedzenia, ze zwykłego nygustwa zamyka się na popularyzowane kierunki. Choć nie tylko publiczna, stacje muzyczne też w 90% serwują wspomniane kierunki muzyczne zamiast szanować odbiorców słuchających różnych rodzajów muzyki. Wierzę jednak osobiście, że jak ktoś chce, to i tak znajdzie naszą muzę, nasze video etc. Jest teraz internet, w nim myspace, ogromne możliwości.

Płyta "Żyj, gnij i milcz" przynosi zmianę sposobu śpiewania Stankiewicza. Przyznam, że o ile muzycznie ten album jest dobry, to wokale do mnie średnio przemawiają, bo teksty stają się trudne do rozszyfrowania. Skąd ta zmiana śpiewu? ostry przekaz, ostra muzyka, więc i ostrzejszy, brutalniejszy wokal?

Sławek Bryłka: Wokal miał być odbiciem rzeczywistości, pewnym eksperymentem i zarazem prostą energiczną przemową obnażającą cały ten syf, który dookoła nas się zgromadził przez te wszystkie lata grania i borykania się z gówniarzami. Zawsze mieliśmy szczęście do jakichś palantów.

Na płycie "Żyj, gnij i milcz" pojawiły się dwa covery zespołów muzycznie bardzo od siebie oddalonych: TSA i Siekiery. Czy oba można uznać za Waszą inspirację, czy po prostu chcieliście oddać im hołd jako zespołom ważnym dla polskiej muzyki?

Robert Stankiewicz: Jarociny 84, 85 to były nasze pierwsze Jarociny. Jak usłyszeliśmy, co grały wtedy Siekiera, to nam dupy pourywało i do dziś jest to niesamowita muzyka. Pomyśleliśmy sobie - trzeba coś z tego zagrać. Tym bardziej, że to koresponduje z tym, co robimy... A jeśli chodzi o numer TSA: dla mnie to ich najlepszy tekst. Rzeczywiście, nie staraliśmy się "łamać" tych numerów, chcieliśmy zachować pewne charakterystyczne cechy.

W utworze "Szukał i znalazł"słychać głos osoby niepełnosprawnej, recytującej wiersz. Kto to jest i skąd pomysł na umieszczenie tego na płycie?

Robert Stankiewicz: Ten tekst napisał człowiek o ksywie Wragula. Chłopak jest niepełnosprawny, pisze wiersze. To bardzo wrażliwy człowiek udupiony przez życie i ludzi. Kiedyś wysłał do nas list razem z tomikiem swojej poezji. Tak czarnych wierszy wcześniej nie czytałem - prawie umarłem. Wragula poprosił nas, żeby mu pomóc jakoś zaistnieć. W ten sposób powstał pomysł na zrobienie utworu o nim. Spotkałem się z nim, nagrałem go i ten tekst trafił na płytę. Musisz wiedzieć, że to był najbardziej optymistyczny tekst, jaki miał w tym tomiku.

"Miasto smutku, jadu, brudu" - słyszymy w "Mieście Q". jak rozumiem, chodzi o Kutno, gdzie "na dworcu w nocy jest tak brudno i brzydko, że pękają oczy". Czy dziś też tak surowo patrzysz na swoje miasto?

Robert Stankiewicz: Jeżeli chodzi o Miasto Q, to jest tam jest wszystko co mnie gryzło. Środowisko jest czerwone i nijakie. Było, jest i będzie. Ponadto utwór umieszczony na "Żyj, gnij i milcz", znalazł się nieprzypadkowo. Był to czas, w którym miałem taki stopień wq...nia, że pisałem z głowy i serca.

Czym spowodowany był rozpad grupy po wydaniu "Żyj, gnij i milcz"? Rozgoryczenie kiepską sprzedażą płyty? Ogólną sytuacją na rynku? Niezrozumieniem płyty przez ludzi (do dziś pamiętam recenzję z mojego "ulubionego" Metal Hammera, gdzie "Ż,G i M" dostało 1/5...)?

Sławek Bryłka: Powodów było kilka. Na pewno duży wpływ na taką decyzję miała sytuacja z LP "Żyj..". Morbid Noizz niestety nie wywiązał się z wcześniejszych ustaleń i nie promował tego albumu, promocja była prawie zerowa! Dostali gotowy materiał! Większość działać promocyjnych, realizował sam zespół. Nie wystarczyło to jednak, aby chwyciło. Przyjęcie tej płyty też było raczej chłodne, wszyscy krytykowali wokal i zbyt bardzo porównywali nas z core'em. Takie mieliśmy założenia, mało kto grał tak wtedy w Polsce. Wiesz, nieraz rozmawiamy na te tematy z chłopakami i w końcu jesteśmy przerażeni odbiorem naszej sztuki. Podejrzewam, że gdyby z zachodu wypłynęły takie dźwięki, wszyscy by się zesrywali! Tak to już u nas jest. Po płycie "Destiny" zauważyliśmy, że nasza muza nie dociera do polskiego odbiorcy, a jeżeli ktoś ją załapie, to po dwudziestu lub piętnastu latach. Tak jak widzisz, takie i inne nastroje narastały w nas od długiego czasu, aż wreszcie doszliśmy do wniosku, że nie ma sensu dłużej przechodzić przez ścianę i to tę samą.

Problemy z wytwórniami, niewydane płyty, i tym podobne atrakcje. Co powoduje, że mimo to, po tych wszystkich latach wciąż Wam się chce wracać i grać?

Robert Stankiewicz: Pomimo tego że poleciały nam lata, posiadamy już rodziny i osiągnęliśmy pewną stabilizację, to nadal jesteśmy fanami ciężkiej muzy. Nosimy koszulki ukochanych zespołów, jeździmy na koncerty i cały czas mamy gęsią skórkę, kiedy uda nam się wydobyć z siebie ten, a nie inny riff.

Wiem, że to trochę wcześnie, ale powoli zbliża się 25-ta rocznica powstania Alastora. Będziecie planować coś dużego w związku z tą rocznicą?

Marcin Bilicki: Ewentualne 25-lecie to jeszcze zbyt odległa przyszłość, by o tym rozmawiać. Na pewno jeżeli klimat będzie fajny, to pomyślimy o kolejnej rocznicy. Osobiście uważam, że obchodzenie ich co 5 lat to przesyt, a kiedy jest przesyt, wszystko zaczyna powszednieć. Włącz telewizor, tam aż kipi od jubileuszy zespołów X, Y i wykonawcy Z. Czy jest to fajne? Dojdziemy w końcu do nonsensu w stylu "obchodzenia okrągłej 27. rocznicy" (hahahaha).

Ok, to wszystko z mojej strony. Ostatnie słowa należą do Was.

Pozdrawiamy wszystkich czytelników portalu Metal Mundus. Nowa płyta już 2 maja i będzie kopać po tyłkach, nie rozczarujecie się. Do zobaczenia na koncertach.

Rozmawiał: Maciek Rojewski

  • [Przepisane za portalem "Metal Mundus", 2009)]