TERAZ ROCK-2009-lipiec
"Bez wazeliny"


Alastor, jeden z rodzimych pionierów thrashu, naprawdę powrócił. Właśnie wydany album Spaaazm jest najlepszym w dorobku zespołu. Nie tylko o tej płycie opowiadają występujący w nim od samego początku: wokalista Robert Stankiewicz, perkusista Sławomir Bryłka i gitarzysta Mariusz Matuszewski.

Rozmowa z Robertem Stankiewiczem, Słąwomirem Bryłką i Mariuszem Matuszewskim




Alastor zawiesił działalność niedługo po wydaniu w 1997 roku albumu Żyj, gnij i milcz. Od kiedy zaczęła się "operacja reunion"?
STANKIEWICZ: Po zawieszeniu działalności zespołu próbowaliśmy działać w innych składach, bądź tworzyliśmy nowe formacje. W 2001 roku zaatakowaliśmy ponownie, ruszyły prace nad nowym materiałem. Po tym, jak zagraliśmy koncert na Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy 2002, okazało się, że gitarzysta Radek Zwoliński nie może kontynuować grania z nami, a i nasz wieloletni basista Grzegorz Frydrysiak stracił na to ochotę... Nie było lekko. Gdyby nie Sławek i jego znajomość muzycznych zasobów miasta Q (tak Robert zwykł nazywać swe rodzinne Kutno - przyp. pb), to nie wiem, czy coś by z tego wyszło. Ja mieszkałem już w Gdańsku, ale utrzymywałem z nim kontakt. Czekaliśmy na właściwych ludzi i właściwy czas...
BRYŁKA: Po paru latach grania z różnymi ludźmi nadszedł czas refleksji. Właściwe wydało mi się wskrzeszenie Mściciela (w mitologii greckiej Alastor to duch zemsty za zbrodnię - przyp. pb). Zaczęły się długie rozmowy telefoniczne z Robertem, przekonywanie Mariusza, by znów sięgnął po gitarę, szukanie muzyków, którzy wkomponują się w nasz klimat... Tak pojawili się grający na basie Jacek Kurnatowski i gitarzysta Marcin "Crowbar" Bilicki.

Już w 2006 roku nagraliście demo, a repertuar Spaaazmu został zarejestrowany między wrześniem 2007 roku, a lutym 2008. Dlaczego płyta tak długo czekała na wydanie?
BRYŁKA: Przez cały czas pracy nad nowym materiałem spotykały nas różnego rodzaju przygody. Postanowiliśmy nagrać trzy piosenki pilotujące nowy materiał i zamieścić je w sieci, aby przekonać się, czy jeszcze dajemy radę. Było to dobrym posunięciem. Całość opóźniała się, bo wypadliśmy z kolejki w studiu Tomka Zalewskiego i nagrywaliśmy "na raty", a poza tym dopinaliśmy sprawy wydawnicze.
STANKIEWICZ: W Polsce wygląda to niestety tak, że zespoły pozostające poza dużymi wytwórniami czekają w długiej kolejce, aby nagrywać tam, gdzie chcą.

Na płycie Jacek Kurnatowski zagrał chyba jednak na zasadzie muzyka sesyjnego. Czy już wtedy było wiadomo, że do składu powróci Zwoliński?
BRYŁKA: Jacek komponował i aranżował materiał razem z nami. Jednak interesował się bardziej masteringiem dźwięku niż jego tworzeniem. Jak mu to wyszło, możecie sami ocenić słuchając Spaaazmu. Wiedzieliśmy o jego decyzji i uszanowaliśmy ją. Nagrał swoje partie i rozstaliśmy się. A Alastora znów zasilił Radek, tym razem w roli basisty.

Czy to od Mariusza nadal wychodzi najwięcej muzycznych pomysłów?
BRYŁKA: Praca nad tym materiałem wyglądała tak, że to Mariusz przynosił większość riffów, myje tylko uzupełnialiśmy lub wspólnie aranżowaliśmy.

Spaaazm to dawka bezkompromisowego thrashu. Czy - paradoksalnie - dodanie jakiegoś spokojniejszego utworu lub wprowadzenie łagodniejszych fragmentów nie wzmocniłoby jeszcze dynamiki płyty, na zasadzie kontrastu?
STANKIEWICZ: Mariusz nie chciał umieszczać na albumie spokojnych fragmentów lub ballad, przystaliśmy na to.
MATUSZEWSKI: Myślę, że jeszcze wszystko przed nami... Spaaazm miał potwierdzić dojrzałość zespołu.

Utwór Nienasycenie to przykład na to, że gdy gitarzysta i perkusista tworzą wspólnie muzykę, można spodziewać się świetnego dopełniania, bądź dublowania gitarowych riffów przez bębny. Powstaje kapitalna thrashowa nawałnica...
MATUSZEWSKI: Nienasycenie jest utworem poniekąd faworyzowanym w kapeli. Obowiązkowo gramy go na koncertach. Są w nim nasze ulubione triole (śmiech). Podczas tworzenia tego numeru chcieliśmy połączyć wiele rytmów i klimatów. Chęć eksperymentu w stylu Przeznaczenia lub jak kto woli The Destiny. Myślę, że wyszło ciekawie...
BRYŁKA: Nienasycenie jest super, lecz ja mam innego faworyta: Człowiek-pies.

Robert, w twoim sposobie śpiewania nie ma tej "wykręconej" maniery z czasów Żyj, gnij i milcz. Czy uznałeś ją za zbyt pretensjonalną, czy może postawiłeś na lepszą dykcję?
STANKIEWICZ: Nie należy doszukiwać się ideologii w sposobie wyartykułowania tekstów naszych płyt. Żyj, gnij i milcz to muzyka tworzona przez zespół pełen gniewu i przygnębienia ówczesną rzeczywistością, a to wymagało ode mnie odpowiedniej interpretacji wokalnej. Głos jako kolejny instrument - takie było założenie... Spaaazm powstawał 10 lat później, a ja wciąż się uczę i szukam właściwych środków wyrazu. To sprawiło, że inaczej brzmię na tej płycie.

W tekstach ze Spaazmu przeważa motyw niezłomności, stawiania czoła problemom. Mam wrażenie, że kontynuujesz też przekaz w stylu Pustoglowie szarych mas szumi wokół mnie - tak śpiewałeś w tytułowym utworze z płyty sprzed 12 lat...
STANKIEWICZ: Czas płynie, świat mydli nam oczy nowymi gadżetami, zapominamy o tym, co ważne. Jedynie wolni od obłudy samo doskonałości, wyposażeni w wolę i rozum, możemy żyć pełnią swego jestestwa - z dala od tego, czym próbuje nas karmić rzeczywistość. A co dopustogłowia, to niestety, ale jego ilość ciągle rośnie.

Zaintrygował mnie szczególnie fragment tekstu Nienasycenia: Opętani w tańcu-letargu/Zanim kur zapieje enty raz/A los zarzuci sznur/ Posłuchaj, kto nam gra i czyj to śpiewa chór. Dopatruję się tu odniesienia do Stanisława Wyspiańskiego i chocholego tańca z Wesela.
STANKIEWICZ: Tak, to prawda. Wyspiański jest dla mnie kimś bliskim i ważnym. Lekturę Wesela serdecznie polecam wszystkim chórowiczom przyrośniętym do wysokich stołków - w nadziei, że cokolwiek zrozumieją.

Płyta ma przeraźliwą okładkę. To zresztą cechowało zawsze Alastora. Czy jednak nie wpisujecie się w obiegowy schemat: jeśli ciężki metal, to na okładce płyty musi być makabra? Na kopercie "Zła" widniała fotografia zwłok, na "Żyj, gnij i milcz" rysunek przebitych gwoździami stóp... Wasze teksty nie niosą negatywnego przekazu, a takie ilustracje mogą zmylić.
STANKIEWICZ: Widziałem już o wiele bardziej makabryczne okładki... Ilustracja na kopercie albumu to jedno z narzędzi składających się na przekaz całości płyty. Za każdym razem pracując nad okładką liczę na wrażliwość odbiorców - w nadziei, że kiedy obejrzą ilustrację i dopełniają muzyką i słowem, spożyją naszą propozycję pełnią swych zmysłów.
BRYŁKA: Schemat? Pomysłów na okładkę było kilka, zdecydowaliśmy jednak, że ten odda w pełni sens Spaaazmu.

Robert, w wywiadzie dla naszego pisma w 1998 roku mówiłeś: Tych kilka lat w muzycznym biznesie dało mi do myślenia. Przyznałeś, że teksty takich utworów, jak Wolny, były właśnie gorzkim podsumowaniem doświadczeń na tym polu. A jakie relacje panują dziś na linii Alastor - wydawca?
STANKIEWICZ: Jak dotychczas jest po bożemu - patrzymy sobie w oczy i wierzymy, że będzie OK.
BRYŁKA: Należy pamiętać, że sztuka jest sztuką, a biznes -biznesem. Każdy ma swoje priorytety. Jak dotychczas nie mieliśmy szczęścia do wydawców, zawsze był jakiś gwóźdź. Zdecydowaliśmy się podjąć współpracę z Fonografiką poprzez jej label Metal Mundus - co wyjdzie z tego mariażu, czas pokaże.

Porozmawiajmy o historii zespołu. Alastor założyliście w 1986 roku. Wydawanie waszej muzyki przebiegało dziwnie, jak to często w tamtych czasach bywało: w 1989 roku wasz debiutancki longplay, Syndroms oF The Cities, opublikowała w Europie włoska firma Metalmaster (na licencji Metal Mind), a jego polskojęzyczną wersję nasz Polmusic, lecz tylko na kasecie. Domyślam się, że nie wy o tym wszystkim decydowaliście, tylko wytwórnia - w Europie nie byliście przecież jeszcze w ogóle znani?
STANKIEWICZ: Te sprawy były zupełnie poza nami, pytaj o nie szef a Metal Mindu, powinien znać odpowiedź.
BRYŁKA: Nasz management sprzedał materiał Włochom, a oni wydali go w całej Europie - nas jeszcze w niej nie było, więc nasza płyta do Polski nie dotarła.

Dla Metal Mindu przygotowaliście w latach 1990-91 dwie wersje albumu Przeznaczenie (anglojęzyczna nosiła tytuł The Destiny) - nie trafiły one chyba do regularnej dystrybucji?
STANKIEWICZ: Sami byliśmy zaskoczeni takim obrotem spraw. Wkładasz określoną ilość pieniędzy w zespól, a następnie trzymasz jego płyty w szufladzie - ja tego nie ogarniam.
BRYŁKA: Może nie tyle w zespół, co w sesje nagraniowe (śmiech)

Czy wydanie albumu Zło było bezpośrednim następstwem sukcesu Alastora na Festiwalu w Jarocinie w 1993 roku?
STANKIEWICZ: Tak, chociaż materiał nagrany w studiu Radia Łódź musiał czekać na premierę około roku. Warunki współpracy z firmą MJM były dla nas nie do przyjęcia i potrwało to trochę, zanim znaleźliśmy nowego wydawcę.
BRYŁKA: Wygrana w Jarocinie bardzo nam pomogła. Po rozstaniu z Metal Mindem przez bodaj trzy lata byliśmy zdani na własne siły i to bardzo zmobilizowało nas do dalszego działania, choć nie obyło się bez kolejnych rozczarowań. MJM nie wywiązało się z przeznaczonej za zwycięstwo festiwalu nagrody i ostatecznie album wydał Loud Out Records.

Wspomniany już longplay Żyj, gnij i milcz to moim zdaniem najlepszą z waszych dawnych płyt. Jak oceniacie ją dzisiaj? Wiem, że irytują was zarzuty o kopiowanie na tamtym albumie Pantery - nie podzielam ich, ale pewne ślady hardcore'u wówczas w waszej thrashowej muzyce były, i wypadało to całkiem intrygująco.
STANKIEWICZ: Cokolwiek byś nie zrobił, zawsze podczepią cię pod pewien trend bądź jakiegoś wykonawcę. Nie czuliśmy się z tym komfortowo. Obecnie jesteśmy już na etapie bycia ponad tego typu klasyfikacjami, gramy to, co czujemy.
BRYŁKA: Wielu krytykowało ten album, choć moim zdaniem niesłusznie. Miało być mocno, i było. O co więc chodzi? Nie znaczy to, że się obraziliśmy na krytykę - ta jest jak najbardziej potrzebna, tylko niech będzie rzeczowa. Co do kopiowania: grając w Polsce musisz do tego przywyknąć, że zawsze będziesz uznawany za wtórnego. Bo jak to możliwe, byś sam wymyślił riff? Musiałeś go zerżnąć np. z Pantery... Ale to tylko świadczy o naszej niskiej narodowej samoocenie. Jestem ciekaw, czy Dimebagowi Darrellowi zarzucano kopiowanie Sabbathów?

Na Żyj, gnij i milcz jest jeden z waszych najbardziej niezwykłych utworów. Szukał i znalazł, z poruszającą recytacją nagraną przez poetę, będącego człowiekiem niepełnosprawnym - Wragulę. Czy wiecie, co się z nim dzieje?
STANKIEWICZ: Nie widziałem Wraguli już kilka lat, lecz Mariusz wspominał mi ostatnio, że spotkał go i doznał miłego zaskoczenia - facet wkrótce zostanie (bądź już został) tatą i daje radę.

Na koniec powiedzcie, co uważacie za największy sukces w historii zespołu?
STANKIEWICZ: Muzycznie, to Spaaazm oczywiście. A poza muzycznie to fakt, że cały czas rajcuje nas tworzenie i dawanie radości ludziom, bez wazeliny i lizania rowu komukolwiek.
BRYŁKA: Na pewno to, że po dwudziestu latach jest nas trzech ze starego składu i że mamy dwóch nowych kumpli, którzy nas mocno wspierają.
MATUSZEWSKI: Ponad 20 lat razem...




Rozmawiał: Paweł Brzykcy
  • [Przepisane za gazetą "Teraz Rock" - lipiec, 2009]