7GATES-2009- Nr 24(2)
"Alastor - Spaaazm"


Nie sądzę, aby wśród naszych czytelników znalazł się choć jeden(a), bez względu na stylistyczne preferencje, któremu nazwa rodzimego Alastora byłaby obca. Jeden z prekursorów krajowego thrash metalu, uderza po raz kolejny, nowym materiałem zatytułowanym „Spaaazm”. Rozpisywanie się na wstępie, chociażby pokrótce, o wielce barwnej i nie usłanej różami historii kutnowskiego zespołu prawdopodobnie zajęłoby objętość całego magazynu drobnym drukiem, więc darujmy sobie zbędny galimatias. Niech o dniu wczorajszym, dzisiejszym i jutrzejszym, również pokrótce, opowiedzą sami muzycy w osobach Roberta Stankiewicza, Mariusza Matuszewskiego, Sławomira Bryłki i Marcina Bilickiego.



Z założenia wywiad ten ma być również retrospektywny, więc standardowo zacznijmy od początku, czyli 1986 roku. Centralna Polska, Kutno, komunizm powoli traci równowagę i ktoś wpada na pomysł powołania do życia mściciela! Od kogo wyszła inicjatywa, pomysł na nazwę, pierwsze inspiracje, próby!?

Robert Stankiewicz: Razem ze Sławkiem Bryłką od podstawówki słuchaliśmy mocnej muzy, najpierw był to klasyczny hard rock, brytyjska nowa fala metalu i mnóstwo polskich bandów określanych mianem Muzyki Młodej Generacji. Wspólne fascynacje i częste przebywanie ze sobą (chodziliśmy jak wspomniałem do tej samej podstawówki), później tej samej klasy, mieszkaliśmy na tym samym osiedlu – widać los skazał nas na siebie. Pod koniec ósmej klasy (tyle wtedy było) często spotykaliśmy się w domu u Waldka Osieckiego i próbowaliśmy wydobywać dźwięki z różnych dziwnych instrumentów, wzmacniaczy radiowych i wszystkiego, co było pod ręka w tych dziwnych czasach. Nikt tak naprawdę nie umiał grać na instrumencie, a ich wybór był wynikiem swoistego przypadku i chęci bycia np. gitarzystą, bębniarzem itd.

Z matematycznego punktu widzenia macie w metryce 22 lata, wliczając krótki urlop bezpłatny, w służbie ciężkiego grania! Czy nie czujecie się już delikatnie mówiąc metalowymi zbowidowcami, czy może właśnie teraz łapiecie drugi oddech? Taki zryw po 40-stce...

RS: Myślę, że w naszym przypadku fizjologia nie idzie w parze ze stanem ducha. Pomimo posiadania rodzin i pewnej stabilizacji nadal jesteśmy fanami ciężkiej muzy, nosimy koszulki ukochanych bandów, jeździmy na koncerty i kiwamy dyńkami. I cały czas mamy gęsią skórkę, kiedy uda nam się wydobyć z siebie ten, a nie inny riff, o który nam chodzi...

Zaczynaliście w porąbanej epoce. Czy napotkaliście od początku opór różnych materii, ogólną niechęć tzw. środowisk kulturalnych oraz przeciętnych Kowalskich, bo Kutno, czy też wszystko i wszyscy Wam pomagali?

RS: Od zawsze instytucje, których zadaniem było wspierać muzykę niezależną traktowały ją, jako przysłowiowe piąte koło u wozu. Kutno jest miastem specyficznym pod wieloma względami, ten kolejowy tygiel skupił w sobie historyczną spuściznę zaboru rosyjskiego zmiksowaną ze zgniłymi naleciałościami komuny. Myślę, że to wszystko rzutuje na to, jakich ludzi spotykaliśmy na swojej drodze. Grając to, co gramy, nigdy nie liczyliśmy na kwiaty i komplementy, chociaż ludzi życzliwych było sporo. Cieszę się, że w ogóle pojawili się we właściwym momencie, o całej reszcie nie warto nawet wspominać.

Wasz styl od początku działalności był mocno inspirowany albo jak kto woli kojarzony z najlepszymi amerykańskimi wzorcami thrash metalu....Z czasem został mocno zainfekowany hard core`ową ekspresją, nie tylko w kwestii muzycznej, ale również warstwie tekstowej....Z czego wynikała ta stylistyczna ewolucja?

RS: Skoro jest tak, jak mówisz to fajnie. Nie potrafię racjonalnie odpowiedzieć na twoje pytanie. Tak jak większość jesteśmy fanami skażonymi muzyką; słuchamy, przeżywamy, kochamy bądź nie kochamy muzykę naszych ulubionych bandów, ulegamy fascynacjom bądź nie. Co do określenia „zainfekowany” – nie wiem, czy trafiłeś w sedno. Tak w owym czasie wyglądał nasz artystyczny wkurw na to, co działo się w tym kraju. I tak pozostało do dzisiaj.

Osobiście doceniam Alastora za całokształt twórczy, niemniej Wasi odbiorcy podzielili się delikatnie na dwie grupy, czyli tych starych hołdujących Waszym dwom pierwszym płytom, i tych młodszych, zapatrzonych w Wasze nowsze oblicze.... Czy odczuliście kiedyś to na własnej skórze?

RS: Zapewne tak jest, ale to już ich problem. Grając muzę przez kilkanaście lat chcąc nie chcąc ulegasz pewnym procesom, ewoluujesz sięgasz po nowe bądź wykuwasz swój własny styl. My fazę poszukiwań przerobiliśmy na początku lat dziewięćdziesiątych i myślę, że od kilku wydawnictw jesteśmy zespołem rozpoznawalnym, co stanowi dla nas powód, aby każda płyta śmiało mogła nosić metkę „Made In Alastor”.
Mariusz Matuszewski: Muzyka Alastor zawsze opierała się na pewnych eksperymentach. Był czas na granie nieustannych zmian tempa i riffów, czas na „wyrzyganie” się na otaczającą rzeczywistość i czas na refleksje. Każdy odnajdzie w muzyce zespołu A coś dla siebie.

Mówisz Alastor i kojarzysz zespół bezkompromisowy, konsekwentny, zdeterminowany oraz nieskazany na sukces.... Jednocześnie patrząc na Wasze osiągnięcia, zwłaszcza z początków działalności, aż dziw bierze jak można nie zrobić kariery z takim potencjałem.... Czy po latach jesteście to w stanie jakoś sensownie wytłumaczyć i czy poniekąd nie jesteście wkurzeni takim obrotem spraw?

RS: Wkurzeni, no pewnie, że nie łatwo jest nam zrozumieć motywy postępowania ludzi kręcących „siołobiznesem”. O jakiej karierze mówisz, tu zawsze jest się skazanym na niszę, sukcesy naszych bandów pojawiły się dopiero kilka lat temu, a w kraju i tak są traktowane jak bandy dewiantów, atakowane przez kler i inne nawiedzone instytucje. Z upływem lat nauczyliśmy się kłaść na to lachę i robimy swoje czy to się komuś podoba czy nie.
MM: Nigdy nie byliśmy zespołem, który miał „dogonić świat”. Chęć tworzenia muzyki zespołu A wypływała z potrzeby, a nie z mody. To my podajemy na tacy menu wbrew populistycznym mediom i kanonom. Zrobienie kariery – to duże słowo. Na pewno bardzo przyjemne, ale również dużym słowem jest „szacunek”- wielokrotnie bardziej przyjemne od słowa „kariera”.

Czy z perspektywy czasu nadal jesteście przeświadczeni o słuszności Waszej postawy – twardej i zdecydowanej, która niewątpliwie jeszcze bardziej Was determinuje do dalszej działalności, ale może jednak warto było iść na jakiś minimalny kompromis i być teraz wyżej? Na ile była to świadoma postawa, a w jakim stopniu powodowały tym wszystkim młodzieńcze emocje i ambicje?

RS: Emocje są zawsze, liczy się tylko efekt finalny stanowiący wypadkową naszych muzycznych poszukiwań. Nigdy nie zmieniłbym żadnego ruchu, dla nas każda płyta, to zapis kawałka naszego życia, a że jacyś pajace kiedyś tam próbowali nam narobić na plecy i nie grali fair, to obciąża tylko ich sumienie - jeśli je w ogóle mają?
MM. Każdy wiek ma swoje prawa. Każdy uczy się na błędach. Każdy kiedyś dorośleje i zaczyna patrzeć na świat innymi oczami. Świat, który otaczał Alastor dyktował warunki nie do końca sprawiedliwe. Po tych wszystkich przejściach i z bagażem doświadczeń mam rozumieć, że jesteście już bardzo dojrzałym zespołem, świadomym swojej wartości i może tym samym zdolnym też do większych kompromisów w imię poprawienia swojego statusu na scenie muzycznej?

RS: Fakt, wiemy teraz o wiele więcej, ale to i tak niczego nie zmienia nasz rynek muzyczny jest dosyć nie przewidywalny. Sadzę, że wszyscy, którzy świadomie przybędą na nasz koncert bądź trafią tam z czystej ciekawości sami wyrobią sobie pogląd czy było warto spędzić z nami ten czas. Nie dywagujemy o statusach, pozycjach, notowaniach i plebiscytach – my jesteśmy od tego, żeby grać i robić to jak najlepiej potrafimy.

Faktycznie, nie mieliście szczęścia do krajowych wydawców, aczkolwiek z drugiej strony większego wyboru nie było i chyba powinniśmy cieszyć się wspólnie z tych wydawnictw, które zostały zarejestrowane i wyszły na rynek? Czy przy tych wszystkich ówczesnych perypetiach, nie myśleliście o próbie wypromowania się własnym sumptem?

MM: Oczywiście, że myśleliśmy tylko brakowało nam zawsze determinacji i prawdziwego menagera. Każdy z nas miał jakieś inne zajęcia, które niejednokrotnie kolidowały z tzw. „karierą”.

OK, przejdźmy do spraw czysto muzycznych, a konkretnie do analizy Waszych wydawnictw.... „Syndromy Miast” to płyta nagrana i wydana w dwujęzycznej wersji z potężną dawką technicznego thrash metalu na najwyższym światowym poziomie. Poproszę o Wasz komentarz do tej płyty – zawartość, wydawcy, przyjęcie fanów i środowiska....

RS: Ta płyta była dla nas samych wielka niewiadomą. Pamiętajmy, że nagrała ją paczka kumpli, zafascynowanych muzyką, piłujących kilka godzin dziennie, kilka razy w tygodniu w małej kanciapie. A tu nagle Spodek, koncerty z największymi w Europie, których mogliśmy jedynie posłuchać na nielicznych przecież płytach bądź kasetach pożyczanych z rąk do rąk. Z pewnej perspektywy wydaje mi się, ze chcieliśmy zawrzeć na tej płycie jak najwięcej naszych pomysłów, pełno tam spontaniczności i chęci zaistnienia na dłużej w świadomości odbiorcy. Wydawca szybko postarał się o licencję i płyta-winyl szybciej pojawiła się chyba na zachodzie niż u nas, co do przyjęcia to myślę, że nieźle wtedy namieszaliśmy a fani metalu przyjęli nas z otwartymi ramionami.
Sławomir Bryłka: Nie, no nie przesadzaj z tym technicznym thrash metalem. „Syndrom’s...” była naszą pierwszą prawdziwą produkcją, było to pierwsze zetkniecie się z pracą w studio. Mieliśmy po 20 lat (Osa 18) i pomysłów na dziesięć pewnie płyt. Materiał ten żywo obrazuje jak byliśmy najarani na muzę, widać to po budowie piosenek, nawciskane riffów i patternów, że dziś bym chyba tego wszystkiego nie zapamiętał. Wydawcą, producentem, a nawet współkompozytorem (nie wiem, czego zresztą) był nie, kto inny jak sam Tomasz D. Tu muszę przyznać, ze to właśnie ten pan otworzył nam furtkę, przez którą nie zdążyliśmy niestety przejść. MMP sprzedało licencję włoskiej MetalMaster, dzięki, której winyl można było kupić w całej Europie. W Polandzie, który w Europie jeszcze nie był ;-) wydana została tylko MC przez POLMUSIC. Co do przyjęcia naszej muzy przez lud miast i wsi to pamiętam jak po koncercie w Spodku spadły, co poniektórym kopary, a inni nie wiedzieli ile numerów zagraliśmy (ha ha ha). Promocja tej płyty pozwoliła nam obcować z gwiazdami ówczesnej polskiej sceny metalowej i muszę powiedzieć, że byliśmy wszyscy kumplami, to miło wspominam, szczególnie hotelowe wieczory..... Uuuuffffff „Przeznaczenie” to jeszcze bardziej techniczny i zawiły materiał, który nigdy nie ujrzał oficjalnie sklepowych półek, choć jak ktoś chciał to wysłuchał.... Pomijając wydawniczy gwóźdź do trumny, jak oceniacie zawartość tej płyty z perspektywy czasu oraz jego siłę przebicia w ówczesnych realiach muzycznego biznesu? Nie, nie musicie być skromni he, he, he...

RS: Wiesz jak się dostaje szansę nagrania drugiego krążka z rozpędu, na fali pierwszej płyty nabraliśmy potężnego wiatru w żagle. Ambicją było przebić jedynkę, pogodzić techniczne patenty z energetyką thrashu, stworzenie czegoś niezwykłego, oryginalnego, innego od pozostałych propozycji oferowanych przez rynek. Czasami wrzucam sobie tę muzę i sam nie dowierzam skąd tu tyle różnorodnych rozwiązań i jak można było tego nie wydać w owym czasie. Ale kiedy przypomnę, kto opiekował się nami w tym czasie odpowiedzi nasuwają się same, zresztą nie my pierwsi i nie ostatni.
SB: Przeznaczenie było rozwinięciem skrzydeł dla zespołu, po trochę nerwowym i niedopracowanym debiutanckim albumie przyszedł czas pokazać, na co tak naprawdę jest nas stać. W stajni MMP, choć byliśmy kumplami panowała wielka rywalizacja i każdy chciał pokazać, na co go stać. Dla mnie bezkonkurencyjny był Wolf Spider – wielki szacunek. Poprzeczka była postawiona wysoko. Pamiętam jak z Marysiem spuszczaliśmy się nad „..And Justice For All” i marzyliśmy by osiągnąć takie brzmienie w studio – niestety dzielił nas nie tylko ocean, ale niejedna galaktyka. „Przeznaczenie” było konsekwentnie przemyślanym materiałem od początku do końca i nie sądzę by był to zawiły materiał, wręcz przeciwnie pojawiły się nawet refreny (ha ha ha). Fakt, dziś jak rozmawiamy na ten temat wspólnie dochodzimy do wniosku, że być może trochę przegięliśmy no, ale co tam, tak sobie założyliśmy i to nas wtedy rajcowało – bawiliśmy się komponując, co raz to dziwniejsze schematy. To był klimat. Graliśmy chyba, co drugi dzień i nikt nie mógł się doczekać, kiedy będzie próba. Nie było czasu na naukę, na spotkania z dziewczynami, tylko muzyka no i od czasu do czasu popijawa. Spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu, co pomagało nam zrozumieć się w muzie. Super zabawa. Nikt tak w Polandzie wtedy tak nie grał, materiał słyszało parę osób nawet dosyć niedawno i wszyscy klęczeli........ My też he, he, he...

„Garage`92 Live Session”.... Jaki zamysł towarzyszył powstaniu oraz wydaniu tego materiału? Kilka słów o realizacji oraz zmianie wydawcy?

RS: Kiedy skończyliśmy nagrywać muzyczną wersje dwójki („Przeznaczenie”) mieliśmy w zanadrzu kilka nowych strzałów i tym sposobem zapisaliśmy w poznańskim studio „Giełda” kawałki: „Obok nas” i „To nie ja”. Stylistycznie nie była to jakaś rewolta, nie mniej jednak sama forma kompozycji, była bardziej zwarta i energetyczna. W rezultacie nikt ich nie wydał, ale żywię nadzieje, że kiedyś dotrą do ludzi.
SB: Po zerwaniu stosunków z MMP było nam dość ciężko się przebić. Nie mając możliwości do wydania na własna rękę „Przeznaczenia” postanowiliśmy nagrać i wydać własnym sumptem EP’kę. Kolejny w chronologii nagraniowej to jarociński koncert, wydany oficjalnie 8 lat po zarejestrowaniu.... Zawartość znana, ale jaki był cel wydawcy to już ponad moje zdolności percepcji, ponieważ materiał ten nie odbił się wielkim echem w Waszej muzycznej karierze? Czy mieliście jakiś wpływ na cokolwiek przy procesie wydawniczym?

RS: Nic o tym nie wiem, ale skoro tak się stało, to traktuję to, jako kolejne dzieło naszego jakże „profesjonalnego” rynku wydawniczego.
SB: Z tym wydawnictwem było tak, że przy podpisywaniu papierów na występy w jarocińskim festiwalu był tam taki zapis, który zezwalał organizatorom na rejestrację i publikację występu. Nam było to chyba nawet na rękę, bo nie przypuszczaliśmy, że uda nam się zdobyć główną nagrodę, a zawsze coś do ludzi poszło – choć to tak szybko nie poszło ha, ha, ha...

„Zło” to płyta, która pokazał trochę odmienne oblicze Alastora – jeszcze bardziej wściekłe, zbuntowane, bezpardonowe....Odnoszę wrażenie, że miarka Waszej cierpliwości przebrała się niemiłosiernie i wylaliście na tej płycie cały żal do otaczającego Was gówna....Czuć to zarówno w muzyce, jak i warstwie tekstowej....?

RS: Czas płynie, forma muzyczna ewoluuje – to naturalny proces. W poszukiwaniu środków wyrazu, adekwatnych do stanu naszego postrzegania świata nadszedł czas, aby uderzyć w te właśnie tony, to, że załapaliśmy się na ówcześnie panujące modo-trendy, to już inna sprawa. ”Żal do gówna” ma każdy z ludzi żyjących w tym kraju, nie każdy ma ochotę głośno wyrażać, to, co myśli i czuje. Zostaliśmy wyposażeni przez los atrybutami, które nie pozwalają nam siedzieć cicho i tyle. A co do tekstów, to myślę, że na tej płycie dojrzeliśmy zarówno, jeśli chodzi o ich formę literacką a i treść.
SB: No tak, tak było wkurwienie, ale miarka miała się dopiero przelać jeszcze później..... Cóż wyobraź sobie, że grasz koncerty i nie masz odbiorcy na swoją muzę tzn. promowaliśmy „Przeznaczenie” i „Garage...”, ludzie, odnosiliśmy takie wrażenie, że nie rozumieją, o co chodzi w naszej muzie, stali otępieni jak w letargu. Pamiętam jakiś posrany koncert w Wawie gdzie w Robusia ktoś rzucił groszkami i nie było entuzjazmu ze strony publiki. Takie akcje dają do myślenia, postanowiliśmy max uprościć naszą muzę, (no może nie max). „Zło” miało dać nam kolejną szansę zaistnienia na krajowej scenie. Fajnie, bo po takich bojach kompozycyjnych jak na „Przeznaczeniu”, tu mieliśmy lajcik, choć uczyliśmy się inaczej budować numery. Zmienił się nie tylko wizerunek muzyczny zespołu, ale też i wizualny. Robusia zaczęły opuszczać coraz częściej włosy i postanowił się ogolić, co oczywiście jak na Polskę przystało odebrane zostało natychmiast kopiowaniem Pantery. Kurwa czasem myślę, ze żyjemy na jakiejś wielkiej wsi.

Zamykając pierwszy rozdział Waszej działalności wydaliście „Żyj, gnij i milcz” albo odwrotnie....Materiał dojrzały, kontrowersyjny i stylistycznie daleko już odbiegający od pierwszej płyty, ale również w pewnym sensie to desperacki akt z cyklu – nagraj i giń? Odpuściliście...!?

RS: Czasy i okoliczności były jak to zwykle w naszym przypadku nieciekawe. Efektem tego była taka, a nie inna płyta. Kamiński Brother’s, czyli Morbid Noizz nie dali rady właściwie zaopiekować się naszym ciężkostrawnym dzieckiem. Wiesz my nie jesteśmy Robocopami, cierpliwość i tak towarzyszyła nam długo przez te lata, tak, więc postanowiliśmy dać na luz i tak się stało, lecz nie do końca.
SB: Nie, nikt nie odpuścił, choć, po wygranej w Jarocinie mieliśmy większe apetyty, ale okazało się, że jeden z fundatorów nagrody miał jeszcze większe. Fundatorów było dwóch Radio Łódź, które ufundowało sesję nagraniową i wywiązało się z tego znakomicie oraz firma wydawnicza MJM, która nagrany materiał miała wydać. No, ale jak to w Polsce jest „rekiny z wielkiej firmy” pomyśleli, że można chłopaków ze wsi rąbnąć na parę złotych i prawie by im się to udało, gdyby nie popijawa po skończonej sesji i przechwycenie przez nas taśmy matki. I jak tu można się nie wkurwić, gdzie na każdym kroku musisz być rąbany. Niestety firma MJM zaproponowała nam warunki nie do przyjęcia i musieliśmy szukać nowego wydawcy. Ostatecznie „Zło” wydał Loud Out Records Andrzeja Mackiewicza zasiadającego dzisiaj na fotelu w Takcie. Pomimo wiatru w żagle po jarocińskiej wygranej plany promocyjne (albo ich brak) firmy nie przyniosły zamierzonego rezultatu. Zatem „Żyj, Gnij i Milcz” było ta miarka, która się przelała. Wkurwieni byliśmy maksymalnie i to też przełożyło się na naszą muzykę. Materiał zbudowany już w kwartecie bez Osieckiego, który chyba nie wytrzymał tego wszystkiego i uciekł w jakieś inne klimaty. „Rzygnij i milcz”, bo tak nazywają ten materiał niektórzy prześmiewcy nagrywaliśmy w studio w Boguchwale koło Rzeszowa miał być odbiciem rzeczywistości pewnym eksperymentem i zarazem prostą energiczną przemową obnażającą cały ten syf, który dookoła nas się zgromadził przez te wszystkie lata grania i borykania się z gówniarzami. Zawsze mieliśmy szczęście do jakichś palantów. Nie inaczej było tym razem. Materiał wyprodukowany częściowo, z własnej jak i sponsorskiej kasy, oddany niby w dobre ręce naszych kolegów z Morbid Noizz w zamian za należytą dystrybucję i promocję przeleżał najlepszy okres na półkach magazynowych, bo nikt z nas go w żadnym sklepie nie widział.

Podsumowując tę część Waszych muzycznych dokonań, chciałbym zapytać, który z omówionych materiałów uważacie za najlepszy, najbardziej reprezentatywny dla Alastora i najbardziej znaczący w dyskografii? Czy macie takie hiciory, które moglibyście wyróżnić i grać na okrągło bez znudzenia?

RS: Są numery, które przetrwały w nas przez te lata. Przyjdź na koncert, to sam usłyszysz jakie.

Nagrywaliście swoje płyty w różnych studiach, chociaż było ich wtedy nie wiele? Jak wspominacie nagrywanie i realizację w tamtych czasach? Czy była jakaś szczególna sesja, która zapadła Wam w pamięci?

RS: Każda sesja to inna specyfika: miejsca, ludzie i my sami bogatsi o nasze życiowe doświadczenia i przemyślenia. Nie umiałbym jednoznacznie wskazać sesji, która zapadła mi szczególnie w pamięć. Pewnym sentymentem darzę nasze pierwsze wizyty w poznańskim studio „Giełda”, kiedy pomyślę, ile wyrozumiałości i cierpliwości, a także, co za tym idzie szacunku dla naszej muzy i zamierzeń miał dla nas Piotr Madziar, to chylę czoła i pragnę wyrazić tutaj wielki „respekt” do Jego osoby, bo o profesjonalizmie już nie wspomnę.
SB: Mnie zapadła w pamięci praca nad „Przeznaczeniem” z Piotrem Madziarem jak robił odwrotki na analogowym Studerze z ołówkiem w ręku nie jak to dziś z myszką. Czapki z głów Panowie.

ALASTOR fizycznie znika z branży, jednak poszczególni muzycy tu i ówdzie dają o sobie znać....Co ciekawego porabialiście na niwie artystycznej w tym czasie, bo generalnie nie złożyliście broni do końca?

SB: Po zawieszeniu broni z Alastor dostałem propozycję, a raczej dostaliśmy, razem z Grzegorzem (Frycem) Frydrysiakiem (bas Alastor) współpracy w nowo tworzonym projekcie naszych przyjaciół z gostynińskiej Borea pod nazwa Spin. Ciekawe, bo stylistycznie było to nie tylko dla nas, ale dla Artura Banacha (ex Borea) i Radka Zwolińskiego (ex Borea) nowe wyzwanie, bo zaczęliśmy się poruszać w klimatach Korn, Soundgarden itd. Ciekawe przeżycia i przednia zabawa. Zagraliśmy parę gigs i Frycu zupełnie skapitulował. Po długich poszukiwaniach ”pożyczyłem” Jacusia Kurnatowskiego (ex Projekt Q, Spin, Alastor), ale się chłopak w bandach przewinął, z Projekt Q „Crowbara” i dalej pociągnęliśmy. Była jakaś trasa z Panzer`Faust i później nic, aż w końcu daliśmy sobie spokój. Pozostało po tym projekcie jakieś marne demo i zapis video kilku koncertów. Po jakimś czasie „Baloon” (wokalista z płockiej Medusa) zaprosił mnie do nowego projektu Nothing Of Body, grałem z nimi ze trzy lata z różnym skutkiem, opuściłem szeregi NOB po wskrzeszeniu Alastor.
MM: Założyłem grupę The Thing. W studiu Piotrka Jełowickiego koło Aleksandrowa Łódzkiego nagraliśmy 9 utworów. Materiału nie wydaliśmy, choć jeden z utworów na jednej ze składanek Thrash’Em All umieścił Mariusz Kmiołek.
RS: Grałem w zespole Rott Weiller. To był taki szybki projekt, który skończył się nagraniem materiału w takim szczecińskim studiu „Kosmos”. Materiał niestety nie ukazał się na rynku.

Chciałbym również zapytać, o personalne rotacje w szeregach zespołu....Czy utrzymujecie kontakt z byłymi członkami Alastora, jak sprawdzają się nowi ludzie i na ile ten skład może być już stabilny?

SB: Rotacji w zespole A nie było aż tak wiele? Byli muzycy (trochę lepiej brzmi, nie?) to Waldek „Osa” Osiecki, Grzegorz „Frycu” Frydrysiak ludzie z pierwszego składu. Pierwszy odszedł „Osa” po wydaniu ”Zło”, drugi „Frycu” po pierwszej nieudanej reaktywacji zespołu w 2001. Spotykamy się czasem w przelocie i to wszystko – każdy ma swój film. Udało nam się nawet zagrać w starym składzie podczas koncertu okazji XX-lecia zespołu, który odbył sie w 2007 roku w Kutnie. Nowi ludzie to Marcin „Crowbar” Bilicki (ex Projekt Q) gitara oraz Radek „Zwolak” Zwoliński (ex Borea, Spin) bas, ten ostatni grał z nami wcześniej w latach 2000 - 2001 jako drugi gitarzysta. Należy też wymienić Jacka Kurnatowskiego, który grał z nami i współkomponował materiał na „Spaaazm”, lecz wybrał drogę solowej kariery - ma własne studio masteringu. „Nowi”, że tak powiem, szybko wpisali się w rzeczywistość Alastor i mamy zgrana paczkę jak to kiedyś bywało.

W swojej karierze otarliście się mocno o dwa rodzinne klany z Kutna, mocno zaangażowane w rodzimy światek metalowy, czyli bracia Kamińscy i Kurnatowscy? Powiedzcie kilka słów o ich wkładzie w Waszą muzyczną drogę...!

SB: Nie sądzisz, że mocno przesadziłeś z nazewnictwem? (ha ha ha) Jakkolwiek Kamińscy swego czasu swoją firmę rozbujali dość energicznie i stanowili jeden z filarów polskich niezależnych wydawców w kręgach metalu, tak z tych drugich ja doceniam Jacka Kurnatowskiego, który grał w zespołach Projekt Q, później zwerbowany przeze mnie w szeregi Spin i na końcu Alastor. Jacek osiadł w Poznaniu i zajął się postprodukcją, – czyli masteringiem nagrań muzycznych, a efekty jego pracy możecie usłyszeć na naszym ostatnim wydawnictwie „Spaaazm” i to wszystko. Cała reszta próbuje mieszać w gównie, raz z większym, raz z mniejszym skutkiem, a efekty tego są mizerne.

Dla niezorientowanych kolejna lekcja z historii Alastora. Przypomnijcie Wasze największe koncertowe sukcesy z początków działalności – Metalmania, Metal Battle, Jarocin, S`thrash`ydło....Jak grało się dla takiej rzeszy maniaków głodnych każdego dźwięku nie mając jeszcze scenicznego otrzaskania? Jak oceniacie ogólnie wielkie imprezy z tamtych lat?

SB: Dla mnie największym przeżyciem były Metalmania czy Metal Battle. Pamiętam pierwszy koncert Metalowa Bitwa, około 10 tysięcy ludzi. Mieliśmy straszną tremę, bo chcieliśmy się pokazać jak z najlepszej strony. Odrębną bardzo ważną częścią naszego koncertowania były dla nas Jarociny. Ten z roku 1993 wiadomo, dlaczego, natomiast wcześniej będąc jeszcze w stajni Tomasza Dziubińskiego dwa razy byliśmy zaproszeni na dużą scenę, jako goście. S`thrash’ydło, bardzo fajna impreza, świetnie, że została reaktywowana.

Po powrocie do muzycznego biznesu w nowym składzie zagraliście również kilka koncertów....Jacy fani pojawili się na Waszych setach, jakie było przyjęcie po latach i czy nadal czujecie tego scenicznego powera?

Marcin Bilicki: Przekrój wiekowy na koncertach jest duży, choć nie taki jak na Rolling Stonsach (ha ha ha) Przyjęcie jest fajne, jedni wpadają pod sceną w młyn inni przychodzą po prostu posłuchać. Nowy materiał, którego już niedługo wszyscy będą mogli posłuchać w całości (bo częściowo na MySpace i na naszej stronie był prezentowany) strasznie kopie i ma siłę, także i te dzieciaki w młynie pod sceną i Ci „starsi” z tyłu dostaną w równej mierze dawkę solidnej metalowej muzy. Co do „powera” to jak się na scenie przyglądam „starej gwardii” to pomimo latek, które upływają, widać, że wszyscy potrzebujemy grać, scena daje nam potrzebny do życia tlen ha, ha, ha...

Od dość dawna już anonsujecie swój wydawniczy powrót pod szyldem „Spaaazm”, aczkolwiek poza wypuszczeniem w świat promo do tego materiału fizycznie chyba nic się nie dzieje? Możecie naświetlić, w czym tkwi problem – brak materiału, nieskończona realizacja czy kolejne problemy wydawnicze?

MB: Fakt, praca nad „Spaaazm” trwała długo. Na szczęście jesteśmy już w przededniu premiery. Jakieś problemy i przeszkody pojawiają się zawsze, ale takie jest życie, nie ma, co narzekać. Nie jesteśmy niestety molochem wydawniczym, który na każdej płaszczyźnie czy to promocyjnej, czy to koncertowej, czy to wydawniczej ma zastępy ludzi. Wszyscy w życiu poświęcamy się jakimś zajęciom oprócz muzyki, więc często ciężko było skoordynować działania, ale mamy już to za sobą. Materiał powstawał długo to fakt, chcieliśmy go dopieścić, żeby dać jak najlepszy produkt, który dobrze brzmi. Niestety często uzależnieni byliśmy też od ludzi, uciekające terminy, przesuwanie sesji, jak w życiu. Promo miało też swoje ważne zadanie, bo miało przypomnieć nazwę Alastor i utrwalić ją w świadomości odbiorców. Teraz, kiedy ukaże się płyta ludzie nie pomyślą, że powróciliśmy z zaświatów, ale że wciąż jesteśmy ha, ha, ha...

Sadząc po zajawkach tego albumu, Alastor stał się jeszcze bardziej dojrzałym zespołem, jeszcze delikatnie ewoluował muzycznie i bardzo solidnie wali po nerach? Jak pokrótce wyjaśnicie te drobne rewolucje oraz czego możemy spodziewać się tak naprawdę po nowej płycie na niwie artystycznej – teksty, muzyka?

MM: Teksty to życiowe refleksje okraszone wieloma pytaniami i odpowiedziami, osobiste doznania i prawda kłująca w oczy. Bardzo mocne słowa.
RS: Żyjemy już parę lat na świecie, z każdym rokiem jest więcej inspiracji by pisać...

Czas ucieka, świat idzie do przodu....Czy hardy Alastor wg Was ma jeszcze dużo do powiedzenia i zrobienia na swoim poletku? Czy nie obawiacie się, że nawet status legendarnego zespołu nie będzie argumentem przetargowym w wybiciu się z lawiny setek tysięcy zespołów, jakie zalewają nas, na co dzień swoją muzyką?

MB: Gdyby Alastor nie miał nic do powiedzenia to byśmy nie bawili się w granie. Są w nas ogromne pokłady muzyki i tekstów inspirowane życiem i doświadczeniami, którymi chcemy się podzielić z ludźmi. Nie chodzi tu o jakiś „wyścig do koryta”. Po prostu robimy swoje, mówimy o tym, co nas boli, co nas cieszy, co nas wkurza, co nas irytuje i chcemy o tym mówić ludziom. Jako najmłodszy muzyk w tym składzie myślę, że błędnym założeniem byłoby, gdybyśmy chcieli tylko i wyłącznie bazować na nazwie, a koncerty, czy nasza muzykę potraktować po macoszemu. Podchodzimy z równym szacunkiem do tych, którzy znają nazwę A z poprzednich lat i chcą nas usłyszeć, zobaczyć po latach, jak i do tych dzieciaków, którzy po prostu potrzebują dawki porządnej muzy, która kopie tyłki i ma jakiś przekaz, a nie tylko bełkot.

Cóż, arsenał mojej ciekawości został wyczerpany....Pozostaje zapytać o najbliższe plany, życzyć powodzenia oraz podziękować za poświecony czas!?

MB: Najbliższe plany to przede wszystkim wydanie i promocja płyty. Na pewno zobaczycie nas na koncertach, na które zapraszamy, bo energia i przekaz na koncertach to nie to samo, co płyta CD w odtwarzaczu, co nie wyklucza konieczności jej posiadania: -) „Spaaazm” już wkrótce skopie Wam tyłki.

Będzie się działo, oj będzie...



Rozmawiał: Grzegorz Fijałkowski
  • [Przepisane za gazetą "7Gates" - nr 24(2), 2009]